Od dziecka towarzyszyła jej muzyka. Dziadek nauczył ją grać na skrzypcach i zaszczepił miłość do muzyki. Następnie była szkoła muzyczna i wszystko nabrało niesamowitego tempa. Dzisiaj Klaudia ma za sobą wiele spektakli, pracę w Teatrze Powszechnym im. J. Kochanowskiego w Radomiu przygodę z Teatrem Muzycznym w Toruniu, Teatrem Variete w Krakowie oraz  Teatrem im. A. Mickiewicza w Częstochowie. Dzieci znają jej głos z wielu bajek, bo Klaudia to m.in. jeden z kucyków w „My Little Pony”. My mogliśmy posłuchać jej śpiewu choćby za sprawą Polskiego Radia, a niedługo zobaczymy ją na ekranie w powstającym filmie kryminalnym „Gracz”. O teatrze, dubbingu i filmie, zagubionej w wirtualnym świecie wrażliwości oraz wymagającej młodej widowni z, pochodzącą z Kartuz, Klaudią Kuchtyk rozmawia Piotr Chistowski.

Piotr Chistowski: Przede wszystkim dziękuję, że znalazłaś czas na spotkanie. Jesteś bardzo zabieganą osobą. Masz kiedy wracać do Kartuz?

 

Klaudia Kuchtyk: Teraz mam trochę więcej wolnego czasu, ponieważ rok temu odeszłam z etatu w Teatrze. Wcześniej dużo trudniej było mi zaplanować przyjazd.

Teraz funkcjonuję trochę na innych warunkach i zasadach. W paru teatrach gram gościnnie i robię inne dodatkowe rzeczy, których grafik ustalam sama. Dlatego jest mi łatwiej znaleźć chwilę żeby odwiedzić rodzinę i przyjaciół.

 

P.CH: Opuszczając Kartuzy sugerowałaś się chęcią „ucieczki z małego miasteczka”?

 

K.K: Nigdy nie myślałam o moim wyjeźdźcie, jako „ucieczce”. Lubię Kartuzy.

Nie uciekłam, chciałam po prostu zobaczyć coś nowego, poznać nowych ludzi. Przeżyć przygodę.

Wracam tu z sentymentem..

fot. Piotr Chistowski

P.CH: Wyczytałem, że pływasz, jeździsz na rolkach, nartach, grasz w koszykówkę, na gitarze, skrzypcach, fortepianie, tańczysz, stepujesz… Kiedy masz na to czas?!

 

K.K: Tańczę i śpiewam na co dzień. Jestem aktorką musicalową, więc to nieodłączna część mojej pracy. Na to zawsze muszę mieć czas.

Na sporty najczęściej znajduję czas w wakacje. Nie wyobrażam sobie też zimowego urlopu bez wyjazdu na narty.

Dodatkowo uwielbiam chodzić po górach. To mnie relaksuje i pozwala pozbierać myśli.

 

P.CH: Jednak niektóre z czynności, które wymieniłem potrzebują nabytych umiejętności…

 

K.K: Na gitarze znam dosłownie podstawy. Natomiast jeżeli chodzi o inne instrumenty to ukończyłam Szkołę Muzyczną I stopnia w Kartuzach. Uczęszczałam tam 6 lat, ucząc się gry na skrzypcach i fortepianie. Później kontynuowałam naukę gry, ale już tylko na fortepianie.

Jak to mówi moja mama „wyssałam to z mlekiem matki”, bo w naszym domu muzyka była, jest i będzie obecna. To nasza rodzinna tradycja.

 

P.CH: Te wszystkie umiejętności… Co Tobą kierowało? Ustawiczna chęć samodoskonalenia, czy ta pasja do sztuki sama przez się naprowadziła Cię na te ścieżki?

 

K.K: Na pewno na samym początku było to spowodowane tym, o czym już mówiliśmy – u mnie w domu zawsze była muzyka. Umiejętność gry na instrumencie była dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Mój dziadek nauczył mnie grać na skrzypcach i  pianinie zanim jeszcze poszłam do szkoły muzycznej. Miłość do muzyki sprawiła, że od zawsze wiedziałam, że tym właśnie chcę się zająć w życiu.

Sześć lat w szkole muzycznej było dla mnie prawdziwą przygodą. Oczywiście zdarzały się chwile zwątpienia i  buntu. Nawet już w szóstej klasie, gdy dyplom zbliżał się wielkimi krokami, chciałam zrezygnować z nauki. Czułam, że nie chcę być skrzypaczką. Nie poszłam, więc do szkoły muzycznej II stopnia.

Natomiast jeżeli chodzi o późniejsze etapy, to zainteresowałam się aktorstwem i tańcem już w gimnazjum. Wtedy zaczęłam chodzić na zajęcia taneczne  do Kartuskiego Centrum Kultury. Bardzo mi to pomogło starając się o miejsce na wymarzonej uczelni.

Od szóstego roku życia śpiewałam w chórze. Siłą rzeczy rozwijałam się muzycznie, ale naukę śpiewu solowego rozpoczęłam dopiero na studiach. Chociaż nie ukrywam, że kochałam to robić już wcześniej. W latach szkolnych brałam udział w wielu konkursach muzycznych i sprawiało mi to wielką przyjemność.

 

P.CH: Jak sama podkreślasz, jesteś z bardzo umuzykalnionej rodziny. Przez ten cały czas nie miałaś ochoty na młodzieńczy bunt i pójście w jakimś zupełnie innym kierunku, niż muzyka i sztuka?

 

K.K: Miałam różne pomysły na siebie.

Jak byłam mała to chciałam zostać  strażakiem albo fryzjerką. W gimnazjum miałam już jasny cel, jak i gdzie chcę się rozwijać i do czego dążę.

Jednak przyznam, że w liceum miałam chwilę zwątpienia.  Nie wiem, czym było to spowodowane. Jednak gdy zbliżała się matura poczułam, że nie wyobrażam sobie innej drogi. Udało mi się dostać do wymarzonej szkoły, Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni.

 

P.CH: Przygotowując się do tej rozmowy, urzekło mnie Twoje wykonanie utworu „Nie odchodź” z repertuaru Kaliny Jędrusik, które obejrzeć można Youtube. To właśnie muzyka, której słuchasz?

 

K.K: Między innymi. Lubię wiele gatunków muzycznych. Od jazzu, po właśnie polskie stare przeboje. Uwielbiam Kabaret Starszych Panów, Kalinę Jędrusik, Agnieszkę Osiecką. To artyści, o których twórczości nie wolno zapomnieć. Te utwory są zaskakująco aktualne i mają głębię, której tak bardzo brakuje teraz na rynku muzycznym .

P.CH: Jest dzisiaj miejsce na taką muzykę?

 

K.K: Mam nadzieję, że tak.

Jeżeli chodzi o moje wykonanie piosenki „Nie odchodź”,  jest to fragment koncertu Studia Piosenki Teatru Polskiego Radia, z którym mam przyjemność współpracować. Ten cykl koncertów ma na celu przypomnienie młodym ludziom, poprzez nowe interpretacje oraz odświeżenie aranżacji, o wielkich polskich artystach, którzy tworzyli i kształtowali polską muzykę.

Liczę na to, że młodzi ludzie poznają i pokochają te melodie.

 

P.CH: Raz możemy Ciebie posłuchać w wykonaniu piosenek Kaliny Jędrusik, a raz możemy Cię usłyszeć, jako pewnego kucyka…

 

K.K: Tak. Jestem kucykiem w serialu  „My Little Pony”. (śmiech)

 

P.CH: Jak to się stało?

 

K.K: Uwielbiam Disneya. Pewnie, jak co druga dziewczynka, w dzieciństwie chciałam być księżniczką. Znałam wszystkie bajki niemal na pamięć. Uwielbiałam Króla Lwa, Małą Syrenkę, Piękną i Bestię… Wszystkie kasety VHS były poprzecierane w najważniejszych momentach. Trudno było już potem odtworzyć w domu scenę śmierci Mufasy w Królu Lwie (śmiech).

Moje marzenie, aby móc podkładać głos do ulubionych dziecięcych postaci, spełniło się w najmniej oczekiwanym momencie. Reżyserka dubbingu obecna była na spektaklu w którym grałam główną rolę – „Tajemniczym ogrodzie”. Później zaprosiła mnie na próbę głosu. Nie obiecywała, że coś z tego będzie,  przyznała, że nie każdy aktor nadaje się do dubbingu. Składa się na to szereg umiejętności, o których nawet nie miałam pojęcia. Była próba – udało się.

Pierwszą produkcją do której podkładałam głos była „Jej wysokość  Zosia”, w której pojawiłam się jako Królewna Śnieżka. Później zagrałam jeszcze parę  epizodów i dostałem rolę w serialu „Violetta”, gdzie użyczyłam głosu Gery, rywalce Violetty. Następnie przyszła pora  na „My Little Pony”, gdzie także zagrałam „czarny charakter”. Moja dużo młodsza kuzynka po jednym z  odcinków podeszła do mnie i powiedziała, że nie rozumie, dlaczego jestem taka zła (śmiech).

 

P.CH: Dubbing Cię zaskoczył?

 

K.K: Kiedyś myślałam, że praca aktora dubbingowego to nic trudnego. Przychodzisz, dostajesz tekst i czytasz. Nic bardziej mylnego.

Okazało się, że jest to niezwykle trudne zajęcie. Mam wrażenie, że często trudniejsze od pracy na scenie. W dubbingu jedyną rzeczą, jaką mamy do dyspozycji jest głos. Wszystkie emocje, które postać przekazała ruchem, spojrzeniem, mową ciała, gestem, mimiką twarzy, my przekazujemy tylko głosem.

Dodatkowo aktor musi „skleić się” z postacią, którą dubbinguje, poznać ją, jej emocje i sposób mówienia.  Nie zapominajmy też, że nie dubbingujemy tylko postaci ludzkich. Kiedyś byłam chociażby „skunksiczką” (śmiech), czy lamą. To są spore wyzwania.

Kolejną trudnością, z którą trzeba się zmierzyć,  jest praca a vista . Aktor widzi ścieżkę dialogową dopiero w momencie nagrania.

W przypadku stałych postaci, które aktor odgrywa, praca jest łatwiejsza. Z każdym kolejnym nagraniem lepiej wyczuwamy i rozumiemy postać.


P.CH: Wolisz grać dla dzieci, czy starszej widowni?

 

K.K: To jest zupełnie inne granie.

Kocham grać dla dzieci. To najbardziej szczera i wymagająca widownia… Nie boją się reagować. Są otwarte. Dzieci czują kiedy coś jest nieprawdziwe, sztuczne. Granie dla nich jest niesamowite. Bardzo często też czynnie uczestniczą w spektaklach.

Dorośli są inni. Kontrolują się. Czasem trudno o spontaniczne reakcje.

Nie potrafię powiedzieć, czy wolę grać dla dzieci, czy dorosłych. Myślę, że lubię to i to.

 

P.CH: Mówiliśmy o teatrze, o bajkach, ale przed Tobą także produkcja filmowa. Zagrasz w filmie „Gracz”, m.in. z Olgą Bołądź. Możesz zdradzić nam coś więcej?

 

K.K: Dużo nie mogę, ale troszkę tak.

Fim będzie się składać z trzech „rozdziałów”. Właśnie skończyliśmy pracę nad pierwszym z nich. Wiem, że moja postać, aspirant Małecka, pojawi się także w drugiej części.

 

P.CH: Kiedy będziemy mogli obejrzeć film „Gracz”?

 

K.K: Jeszcze nie wiem. Będę informować na bieżąco na mojej oficjalnej stronie na Facebooku.

 

P.CH: Teatr, czy film?

 

K.K: Teatr.

Podczas spektaklu wszystko dzieje się tu i teraz, kocham to. Praca nad filmem była dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Nie wiedziałam wcześniej, jak to dokładnie wygląda. Zaskoczyło mnie to, że praca na planie polega głównie na czekaniu na ujęcie. Przestawianie kamer, światła, poprawki makijażu, zmiany obiektywu, poprawianie kadru, to wszystko trwa. W tym czasie aktor musi być cały czas w gotowości i w tych samych emocjach powtarzać sceny.

W filmie gra się inaczej niż w teatrze, używa się innych środków. W teatrze zarówno gest, jak i  emocje są większe. Inaczej jest w filmie. Tam są to delikatne spojrzenia, subtelna mimika i tembr głosu. Zupełnie inne, oszczędne granie.

Wydaje mi się, że na tę chwilę wybieram  teatr. Może to się zmieni, zobaczymy.

 

P.CH: Odnoszę wrażenie, że dzisiaj teatr jest niezwykle istotny. Kolejne pokolenia tracą na wrażliwości, a teatr to miejsce pełne emocji i refleksji…

 

K.K: Tak. Niestety, codzienność wypełniona technologią i wirtualną rzeczywistością sprawia, że często zapominamy o swojej wrażliwości, uczuciach i duchowych potrzebach.

A przecież teatr i  kontakt ze sztuką pozwalają nam sobie o tym przypomnieć. Spektakle, tematyka,  postacie tam odgrywane, rodzą pytania i refleksje. To dzisiaj niezwykle cenne.

Teatr to miejsce, gdzie możemy odnaleźć własne uczucia. Są osoby, i znam takie, które chodzą do teatru raz w tygodniu, czy miesiącu, bo to dla nich tradycja. To bardzo ważne. Dzięki temu rozwijamy siebie i dojrzewamy emocjonalnie.

 

P.CH:  Zauważasz różnicę mentalną, warsztatową między aktorami starszego pokolenia, a wchodzącą „świeżą krwią”?

 

K.K:  Nie wiem czy jest różnica w sposobie grania, ciężko to stwierdzić. Natomiast na pewno widać różnice w podejściu do zawodu. Nowe pokolenie inaczej patrzy na życie, ma inny sposób myślenia, inne priorytety i pragnienia niż nasi mistrzowie. Oni posiadają zbiór zasad i wartości, o których w teatrze już się nie pamięta, a których musimy się od nich nauczyć.

Często zdarza się nam rozmawiać w garderobie, uwielbiam słuchać historii o dziesiątkach zagranych ról, sztuce wyboru i miłości do teatru.

 

P.CH: Jest rola, którą wspominasz szczególnie dobrze?

 

K.K: Nie wiem, czy mam  ulubioną rolę.

Miło wspominam mój debiut sceniczny. Było to na deskach Teatru Powszechnego w Radomiu, zaraz po szkole, w spektaklu pt. „Cafe Sax” z piosenkami Agnieszki Osieckiej, w reżyserii śp. Macieja Korwina,  ówczesnego  dyrektora Teatru Muzycznego w Gdyni. To była fantastyczna przygoda, ale także ciężka praca i walka z samą sobą. W szkole wiele się uczymy, ale to deski teatru wszystko weryfikują.

Miło wspominam również „Tajemniczy ogród”, „Majakowskiego//Reaktywację”- dramat rockowy, oraz „Tajemnicę Tomka Sawyera”. Każdy spektakl to dla mnie niesamowita przygoda i wyzwanie. Mam nadzieję, że najciekawsze role jeszcze przede mną, bo dopiero się rozkręcam!

 

P.CH: Mam nadzieję, że mimo tego zabiegania i wielu działań uda nam się jeszcze spotkać. Dziękuję za rozmowę i powodzenia!

Dodaj komentarz

avatar
1500