O drodze do świata warszawskiego, karierze, małżeństwie, nabytych doświadczeniach i walce z depresją z Danutą Stenka, aktorką pochodzącą z Gowidlina rozmawia Aleksandra Woźniak.

Aleksandra Woźniak: Jak z Gowidlina dotarła Pani do Warszawy? Jak to wszystko się potoczyło?

Danuta Stenka: To była długa droga. Uczyłam się w Studium Aktorskim przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, po ukończeniu którego, umówiłam się z moim profesorem Ryszardem Majorem, jednocześnie dyrektorem Teatru Współczesnego w Szczecinie, że popracujemy dalej razem na deskach jego teatru. Na moje „nieszczęście” chwilę później, pojawiła się propozycja z Teatru Wybrzeże w Gdańsku, wreszcie kolejna, z Teatru Słowackiego w Krakowie. Osiołkowi w żłoby dano. Co zrobi? Ostrzegali mnie niektórzy koledzy i aktorzy z Wybrzeża, że Szczecin, to nie jest dobry wybór, że to koniec świata, w którym utknę na zawsze, że dostałam lepsze propozycje, więc nad czym się zastanawiam. Ale ja się przecież z Majorem umówiłam, czułam, że nie mogę nie dotrzymać słowa. Jak się później miało okazać, to była dobra decyzja. Przez cztery sezony w Szczecinie dużo grałam i wiele się nauczyłam, poznałam wspaniałych ludzi, do dziś mam tam przyjaciół. Niestety niedawno, odszedł po długiej chorobie przyjaciel, któremu zawdzięczam chyba najwięcej – mentor i świetny aktor Jacek Polaczek.

W ostatnim, czwartym, sezonie w Szczecinie koledzy uznali, że wszystko co mogłam zrobić w tym teatrze, już zrobiłam i czas ruszać w dalszą drogę. Zorganizowali mi spotkanie z Izabellą Cywińską i kolejne dwa i pół roku spędziłam w Teatrze Nowym w Poznaniu. Następny dobry dla mnie czas, ciekawi ludzie, aktorzy, reżyserzy, sporo wyjazdów na spotkania teatralne i festiwale. Właśnie na jednym z takich festiwali, w Kaliszu, gdzie graliśmy „Damy i huzary” Fredry w reżyserii Janusza Nyczaka, jeden z jurorów Maciej Prus, wypatrzył mnie w tym spektaklu i zaproponował pracę w Teatrze Dramatycznym w Warszawie, który właśnie obejmował jako dyrektor artystyczny. Potem był Teatr Rozmaitości (TR Warszawa) i wreszcie Teatr Narodowy. I tak minęło mi w Warszawie już 26 lat.

A.W: Od dziecka przejawiała Pani talent do aktorstwa?

D.S: W szkole podstawowej w Gowidlinie występowałam, podczas wszelkiego rodzaju akademii. Jednak zupełnie nie myślałam o tym, że może drzemie we mnie jakiś talent aktorski. Nie miałam o tym zielonego pojęcia (śmiech). Po prostu lubiłam to. Mój zawód „wymyśliła” dla mnie moja polonistka z liceum. Ja miałam w planach pójść w ślady mojej mamy i zostać nauczycielką i z tą myślą po szkole podstawowej udałam się do liceum o profilu matematyczno- fizycznym. To mnie interesowało. Nawet nie wiem, kiedy polonistka wypatrzyła u mnie jakieś zdolności aktorskie.

Danuta Stenka (piąta od lewej) jako uczennica VII klasy. Rocznik 1975 Foto: ze zbiorów prywatnych D. Stenki

Być może wtedy, kiedy, zwyczajowo, po wykładzie pani profesor czytaliśmy na głos, różne przykłady prozy lub poezji. Często wybierała mnie do czytania i w pewnym momencie zostałam czytającą dyżurną. Aż wreszcie zdecydowała za mnie o udziale w konkursie recytatorskim. To było w czwartej klasie, więc trochę się dzisiaj nie dziwię lekkiemu szokowi organizatorów etapu międzyszkolnego, że maturzystka i to z mat-fizu, po raz pierwszy przystępuje do tego konkursu. Okazało się jednak, że przeszłam do etapu wojewódzkiego. Na eliminacjach w Gdańsku wykonałam swoje zadanie i wróciłam do internatu, do Kartuz, nie spodziewając się niczego szczególnego. Tymczasem po dwóch tygodniach dotarła do mnie wiadomość, że jestem poszukiwana przez dom kultury, ponieważ zajęłam drugie miejsce. To była „woda na młyn” dla mojej pani profesor, dowód na to, że miała nosa, że się nie pomyliła. Namieszała okrutnie w moich planach. Przygotowywałam się do matury z matematyki a tu w ostatniej chwili zmieniłam na polski i rosyjski. Ponieważ nigdy nie interesowałam się ani teatrem, ani aktorstwem, w pewnym momencie zakradły się wątpliwości i stwierdziłam, że nie będę zdawała do żadnej szkoły teatralnej. Nie czułam się na siłach.

Moja nauczycielka nie dała jednak za wygraną, wywiedziała się, że przy którymś z teatrów w Trójmieście istnieje studium aktorskie i pewnego dnia po lekcjach wzięła mnie ze sobą, wsiadłyśmy do autobusu i pojechałyśmy na zwiady. Zaczęłyśmy od Gdyni i tak stukając do drzwi kolejnych teatrów, trafiłyśmy wreszcie na ślad w teatrze Wybrzeże. Jednak okazało się, że w tym właśnie roku nie będzie naboru. Dla mnie to był znak, że mam sobie dać spokój i wrócić do swoich pierwotnych planów. Skoro już zmieniłam przedmioty maturalne, stwierdziłam, że pójdę na filologię rosyjską. Jednak w trakcie egzaminu wstępnego dotarło do mnie, że to nie to i wyszłam. Przez rok pracowałam jako nauczycielka w mojej szkole podstawowej w Gowidlinie, gdzie między innymi uczyłam języka rosyjskiego. Pewnego dnia przyjechał z Trójmiasta kuzyn mojej koleżanki z podstawówki i pokazał mi w Głosie Wybrzeża artykuł, w którym informowano o wznowieniu naboru w Studium Aktorskim przy Teatrze Wybrzeże i zainteresowaniu kandydatami z Kaszub. Przekonywał mnie, że powinnam się odważyć, żebym kiedyś w przyszłości nie żałowała, że nie podjęłam próby, a jeśli się nie powiedzie, dopiero wtedy zamknąć temat. Dodał, że ojciec jego koleżanki jest aktorem w Gdyńskim Teatrze Miejskim, i może zechce mi pomóc w przygotowaniu się do egzaminów. Tak więc dałam się namówić kolejnej osobie i tak poznałam Pana Stefana Iżyłowskiego.

Na pierwszym spotkaniu pan Stefan powiedział, że to zawód wyjątkowo niełaskawy dla kobiet, po czym zaczął przytaczać przykłady smutnych i tragicznych losów swoich koleżanek aktorek, a po każdej z tych historii pytał czy jeszcze tego chcę. Im bardziej próbował, mnie zniechęcić, tym bardziej byłam zainteresowana. Zakazany owoc robił swoje. Pan Stefan, podjął się pracy ze mną, wysyłał mnie na spektakle, pomógł wybrać teksty i zrobił wszystko co mógł żeby mnie do egzaminów przygotować. Nie mogłam go zawieść i… zdałam (śmiech).

A.W: Niedawno na rozdaniu nagród Pani starosta Janina Kwiecień opowiedziała historię, z której wynika, że Pani mama nie chciała, by dostała się Pani do szkoły teatralnej. Jak, więc zareagowała na to, jak dowiedziała się, że zdała Pani?

Danuta Stenka na zdjęciu ze swoją mamą – Agatą Stenka(fotografia z grudnia 1972 r.) Foto: ze zbiorów prywatnych D. Stenki

D.S: No właśnie dzisiaj dowiedziałam się, że moja mama była temu przeciwna (śmiech). Jestem zaskoczona, bo pamiętam ten moment kiedy dostałam list z teatru, z informacją, że zostałam przyjęta do studium. Mama pogratulowała mi i nie dała po sobie poznać, że jest pełna wątpliwości. Zresztą rodzice nigdy nie stali na przeszkodzie moim i brata wyborom. Oczywiście czułam, że mama martwi się o mnie. Ale nie o to czy uda mi się zrobić karierę, a o to czy się nie zgubię w tym nieznanym jej świecie, o którym mogła mieć jedynie jakieś wyobrażenia, czy nie przepadnę w nim jako człowiek.

A.W: Jak odnalazła się Pani w show-biznesie?

D.S: Moje pierwsze spotkanie z show biznesem było zupełnie przypadkowe. Kiedy byłam w sanatorium w Iwoniczu Zdroju z moim świeżo poznanym przyszłym mężem i pojechaliśmy na wycieczkę do skansenu w Sanoku, spotkaliśmy tam swoich znajomych, aktorów, którzy, jak się okazało, są na planie serialu Crimen. Ponieważ potrzebna była dziewczyna do zagrania epizodycznej roli, zaciągnęli mnie do reżysera i przedstawili jako kandydatkę, a on mnie zaangażował. Moje pierwsze lata w zawodzie były związane wyłącznie z teatrem.
Dopiero w ostatnim, poznańskim sezonie teatralnym, dostałam pierwszą poważną rolę w filmie. A niedługo potem, kiedy pracowałam już w Warszawie, zaczęła się przygoda z teatrem telewizji. Tam stawałam na planie ze sławnymi aktorami, znanymi mi z filmów i seriali, i za każdym razem przerażona myślałam: „Boże, przecież ja nic nie potrafię! Zaraz się zorientują!”. Ale w trakcie pracy okazywało się, że jakoś sobie daję radę i nie jest ze mną tak źle. Musiało nie być tragicznie, bo zaczęłam dostawać coraz więcej propozycji (śmiech).

A.W: Jaka rola, grana przez Panią była dla Pani szczególna? Którą wspomina Pani z wielkim sentymentem i dumą?

D.S: Mam kilka ważnych dla mnie ról teatralnych, które tworzą słupy milowe na mojej drodze zawodowej. Jeżeli chodzi o film, to ważną była dla mnie niewątpliwie rola Marii Jurewicz w „Bożej Podszewce”. To był serial złożony z piętnastu godzinnych odcinków, więc na przestrzeni tych piętnastu godzin miałam czas, żeby zanurzyć się, rozsiąść się w tej postaci. Poza tym moja bohaterka zaczyna filmowe życie w wieku 20-stu kilku lat, a kończy mając lat 70. A ja, wówczas trzydziestokilkuletnia, miałam szansę jednocześnie na krótką podróż w przeszłość i przede wszystkim daleką w przyszłość. To było niezwykłe doświadczenie. Nie tylko od strony charakteryzacji. Złapałam się na tym, że poruszam się jak moja babcia, tyle, że nie buduję tej postaci zewnętrznie, nie odtwarzam, nie naśladuję, ale ona wychodzi z wnętrza, wyłania się bezwiednie. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ta stara kobieta już we mnie jest. Tą rolą wywołałam ją nieoczekiwanie „do tablicy”, zrobiłam jej próbny egzamin, ale ona jest i po prostu czeka na swój czas, kiedy będzie mogła zaistnieć naprawdę.

Danuta Stenka jako dziewczynka na zdjęciu z rodzicami i starszym bratem Foto: ze zbiorów prywatnych D. Stenki

A.W: Była Pani bardzo zapracowaną osobą. Jak zatem znalazła Pani wybranka swojego serca?

D.S: Pojechaliśmy z teatrem szczecińskim na Festiwal Teatrów Polski Północnej do Torunia ze spektaklem „Opętani” Gombrowicza. Wybrałam się z kolegą do klubu festiwalowego i tam przedstawił mi swoich przyjaciół z roku, ze szkoły teatralnej, aktorów teatru w Toruniu. Jeden z nich wyjątkowo się mną zainteresował. Nie bez wzajemności. I kiedy, po powrocie do Szczecina, okazało się, że dostałam na tym festiwalu nagrodę, on natychmiast po ogłoszeniu wyników zadzwonił do mnie, żeby przekazać mi tę nowinę, pogratulować i przy okazji się umówić. A kontakt nie był łatwy. Nie było telefonów komórkowych, żadne z nas nie miało telefonu stacjonarnego, mogliśmy się złapać wyłącznie w teatrze. Kuł żelazo póki gorące! (śmiech).

A.W: Czy Pani mąż był kiedykolwiek zazdrosny o np. Pani pocałunki na scenie lub w filmie?

D.S: Jak mawia mój przyjaciel Jasiek Frycz, wszystko to co sprawia przyjemność w życiu, na planie zdjęciowym zazwyczaj staje się koszmarem. To dotyczy pocałunków, palenia papierosów, scen łóżkowych nawet łakoci. Kiedy scena wymaga od aktora np. zjedzenia ze smakiem pysznego pączka, wydawałoby się, że to sama przyjemność i to usprawiedliwiona pracą! Tymczasem niezwykle rzadko poprzestaje się na jednym dublu, często powtarza się tę scenę wielokrotnie, kilka nawet kilkanaście razy. Proszę sobie wyobrazić zjadanie kilku czy kilkunastu pysznych pączków raz za razem. Trzeba niezłych umiejętności, żeby do samego końca grać, że sprawia to przyjemność, zwłaszcza kiedy organizm serwuje nam jeden jedyny odruch – wymiotny. W „Czasie honoru” na przykład grałam postać, która nie wyjmowała papierosa z ust, odpalała jednego od drugiego. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że wszystkie moje sceny zagraliśmy jednego dnia. Przez kilkanaście godzin non stop paliłam papierosy. Dwa kolejne dni spędziłam w łóżku z objawami zatrucia. A wracając do męża, on jest aktorem, wie, że pocałunki itp. to po prostu zadania aktorskie i tyle.

Jako Ubica w „Królu Ubu”. Teatr Wybrzeże 1983 r. Foto: ze zbiorów prywatnych D. Stenki

A.W: Wydała Pani książkę „Flirtując z życiem”. Opisuje tam Pani przebieg swojej depresji. Dla wszystkich było to ogromne zdziwienie. Piękna kobieta odnosząca sukcesy ma depresję…

D.S: No cóż… Mogę powiedzieć, że załatwiłam sobie tę chorobę na własne życzenie. „Przepaliłam się”. Z przepracowania. Pamiętam, jak znajomy zapytał mnie, kiedy wybieram się na urlop, a u mnie od dawna nie istniało coś takiego jak urlop. Latem zaczynały się zdjęcia do filmu, do teatrów telewizji, wyjazdy ze spektaklami i inne zajęcia. Kiedyś uświadomiłam sobie, że pracuję od trzech miesięcy bez jednego wolnego dnia, a w perspektywie mam jeszcze kilka takich tygodni. Nie miałam czasu na sen, a potem już sen nie miał czasu dla mnie. Przestałam umieć spać. To było straszne. Budziłam się po trzech godzinach, tyle trwał mój odpoczynek. Zdarzały się noce, że spałam zaledwie godzinę, a rano trzeba było rozpocząć kolejny pracowity dzień. Moja bezsenność trwała około sześciu lat. Wreszcie postanowiłam coś z tym zrobić i wybrałam się do lekarza. Mówię o tym, bo ludzie tak strasznie boją się zastukać do drzwi lekarza, albo się wstydzą. Tu nie ma miejsca na wstyd. Kiedy złamię sobie nogę, idę do lekarza, a potem chodzę w gipsie, o kulach dopóki nie wydobrzeję. Kiedy złamię sobie psychikę, muszę i mam prawo zrobić to samo, żeby stanąć na nogi – skorzystać z pomocy lekarza. A żyjemy coraz szybciej, przedszkolaki zapadają już na depresję. Nie można tego nie zauważać. W którymś z wywiadów padło stwierdzenie, że przyznałam się do depresji. Zabrzmiało to tak, jakbym zrobiła coś złego, co ukrywałam i co wreszcie zdecydowałam się ujawnić.

Ja do niczego się nie przyznawałam, odpowiedziałam jedynie na pytanie, jaką cenę płaci się za szczęście w zawodzie aktora. Szczęście aktora polega między innymi na tym, że dostaje dużo propozycji. To prawda, jest wielu fantastycznych aktorów, którzy nie otrzymują ofert pracy. Jest wielu artystów bezrobotnych, którzy przez brak propozycji zmuszeni są do zmiany zawodu. Mój problem polegał na tym, że nie umiałam być asertywna, nie potrafiłam zrezygnować, kiedy było już tego za dużo, nie dostrzegłam sygnałów ostrzegawczych. Teraz kiedy widzę młodych aktorów biegających od teatru do teatru, od telewizji do filmu, nie mających na nic czasu myślę, sobie „Boże! Znam to! Oby się w porę opamiętali”. Teraz jestem mądrzejsza, ale prawda jest też taka, że klęska urodzaju chyba już mi nie grozi. (śmiech) W moim wieku pole działania się zawęża, nie mogę już zagrać, jak w Bożej podszewce jednocześnie i młodej dziewczyny, i starej kobiety.

Przestałam umieć spać. To było
straszne. Budziłam
się po trzech
godzinach, tyle
trwał mój odpoczynek.
Moja bezsenność trwała około
sześciu lat

A.W: Nie ma Pani odczucia, że artyści kreowani są na osoby nie posiadające uczuć i chorób?

D.S: Tak być może. Ludzie w kolorowych pismach widzą wystylizowanych artystów na zdjęciach z różnych imprez, z wakacji w egzotycznych krajach itp. – osoby z innego świata, jak księżniczki i książęta z bajek. W filmach czy teatrach grane przez aktorów postacie często przywierają do nas na stałe. Ludzie postrzegają nas jako lekarzy, policjantów, księży czy strażaków. I kochają nas albo i nie, jako te postaci. Nie zastanawiają się pewnie nad emocjami aktorów, przeżywają jedynie emocje oglądanych bohaterów z ich seriali czy filmów, bo to oni są ich znajomymi. To, że my wcielając się w te postaci, poruszamy własne emocje, pracujemy na własnej psychice, na własnym układzie nerwowym, to już pewnie nie jest takie oczywiste. I pewnie tak musi być, bo po co miłośnikowi sztuki wiedza o tym, ile potu wylał rzeźbiarz, żeby z surowego głazu wydobyć piękny kształt.

A.W: A Pani córki idą tym samym torem co ich mama?

D.S: Absolutnie nie! Starsza córka już w gimnazjum wiedziała, że chce zostać psychologiem. Kiedy po jakichś dwóch tygodniach uczęszczania na wykłady i ćwiczenia odbierałam ją z zajęć, wsiadła do samochodu i powiedziała „ Mamo, jak ja to lubię!”, pomyślałam: „To jest to, znalazła swoją pasję”. Młodsza córka do samej prawie matury nie wiedziała jaki wybrać kierunek studiów. Pewnego dnia wróciła ze szkoły, stanęła w drzwiach i mówi: „Mamo, spotkałam koleżankę, która opowiedziała mi o szkole, gdzie można studiować food-design!”. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłam iskry w jej oczach. A ma i talent kulinarny i duszę artystyczną. Nie wiem jednak, jak potoczą się jej losy, ponieważ, ze względu na małą ilość chętnych w tym właśnie roku, uczelnia nie otworzyła tego kierunku. Czyżby powtórzyła się moja historia?

W trakcie pasowania na Rycerza Witosława Foto: Aleksandra Woźniak

A.W: Niedawno odebrała Pani szczególne wyróżnienie. Została Pani rycerzem Witosława za propagowanie języka kaszubskiego. Jak się Pani do tego odniesie?

D.S: Czuję się zaszczycona tym wyróżnieniem. Zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, które działają na rzecz tego języka na co dzień. Tym, że czytam rokrocznie od kilkunastu lat Pismo Święte w języku kaszubskim, sprawiam przyjemność przede wszystkim sobie. To są moje lekcje kaszubskiego, mój najpoważniejszy kontakt z tym językiem. Nauczyłam się przez te lata czytać po kaszubsku. Pierwsze teksty musiałam odszyfrowywać z pomocą mamy i brata, odgadywać w nich słowa, które znałam. Oczywiście nadal się uczę, nadal konsultuję, nadal wysyłam maile do pani Wandy Kiedrowskiej z pytaniami o akcent w nowo poznanych słowach, ale teraz mogłabym już, z małymi potknięciami, czytać a vista. Jestem wdzięczna kapitule za to, że uznała moją pracę za ważną w promowaniu kaszubskiej mowy i dumna, że uhonorowała mnie tytułem jej rycerza.

Tym, że czytam rokrocznie od
kilkunastu lat Pismo Święte
w języku kaszubskim,
sprawiam przyjemność
przede wszystkim sobie

A.W: Jak wraca Pani do swojego rodzinnego Gowidlina, jak jest Pani odbierana przez to społeczeństwo? Za drzwiami nie stoi rzesza fanów?

D.S: Na szczęście tutaj jest bardzo normalnie. Czasem pada „dzień dobry„ z ust napotkanej, nieznanej mi młodej osoby, która okazuje się być dzieckiem mojego ucznia.(śmiech) Spotykam koleżanki czy kolegów z dzieciństwa dla których jestem tym kim byłam, kim byliśmy dla siebie. Ja tutaj czuję się swobodnie, po prostu jestem u siebie.

A.W: Miała Pani w swojej karierze przygodę z paparazzi? Takie momenty, w których wiedziała Pani, że jest śledzona?

D.S: Tak, był taki epizod. Na mojej ulicy pojawił się samochód, z którego wyraźnie ktoś obserwował okolicę. Nie wiadomo było kto to jest i czego chce. Sąsiadki były przerażone, dzieci już nie biegały swobodnie z domu do domu. A samochód stał i od czasu do czasu wyruszał za kimś z nas w miasto. Za mną pojechał kiedyś do centrum handlowego. Umówiłam się tam w kawiarni na wywiad, więc polowanie na „sensację” raczej się nie udało. Kiedyś znowu czekałam na znajomego w kawiarni na Placu Trzech Krzyży. Byłam bardzo zmęczona, zamówiłam kawę i podparłszy głowę ręką, czytałam jakąś gazetę. W pewnym momencie zasnęłam pochylona nad pismem. Po chwili otwieram oczy i po przeciwnej stronie ulicy widzę wycelowany w siebie obiektyw. Początkowo nie byłam pewna, czy to paparazzi, czy turysta, czy chodzi o mnie, czy o zabytek za moimi plecami, więc zrobiłam mały eksperyment. Jako, że miałam okulary słoneczne, ten mężczyzna nie widział moich oczu. Zwróciłam twarz w kierunku gazety, ale obserwowałam go. Ten myśląc, że czytam, zaczął się przymierzać do zdjęcia i kiedy wyraźnie spojrzałam w jego kierunku, natychmiast schował aparat za plecy. Opowiedziałam tę historię mojej rodzinie w Gowidlinie i stwierdziłam, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby w jakimś tabloidzie, czy na jakimś portalu ukazało się takie zdjęcie z podpisem: „Pijana Stenka w południe na Placu Trzech Krzyży”. Na to mój bratanek mówi: „Wiesz ciociu, że ja to widziałem?! Z komentarzem w tym stylu”. I tak powstają plotki.

Aktorka jest absolwentką kartuskiej Klasztornej. Uczestniczyła na Zjeździe Absolwentów szkoły Foto: Martyna Fularczyk

A.W: Było też wiele spekulacji na temat Pani kryzysu w małżeństwie…

D.S: Tak. Pamiętam, że nawet rodzina dzwoniła do mojej mamy z zapytaniem, czy u mnie wszystko w porządku, bo czytali o moich rzekomych problemach małżeńskich. Czego się nie robi dla pieniędzy! Żeby nie spadła ilość czytelników plotkarskich portali internetowych, czy tego typu pisemek, wszelkie chwyty są dozwolone. Ostatnio na przykład dowiedziałam się, że moja córka wyjeżdża na rok do Indii, a my z mężem piszemy scenariusz sagi kaszubskiej, w której mam zagrać główną rolę. Papier przyjmie wszystko, a niestety ludzie w to wierzą…

A.W: A doszło do takiej sytuacji, że procesowała się Pani z prasą?

D.S: Nie. Plotki istniały i istnieć będą, czy to w przestrzeni rodziny, wsi, miasta, kraju czy nawet świata. Ja wiem, jaka jest prawda, moi bliscy wiedzą i to jest najważniejsze.

A.W: Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Gowidlino… mój mały raj na ziemi"

avatar
1500
najnowszy najstarszy oceniany
Kaszubka z krwi i kości
Gość

Pani Danuta to nasz najlepszy kaszubski “towar” eksportowy!