Znowu święta… Opowieść o pizzy, windzie i samotności

0

Świąteczne opowieści powinny zacząć się od zdania „Gdy zbliżał się wigilijny wieczór…”, albo klasycznie „Dawno, dawno temu…”. Jednak nie ta. Opowieść, którą chcę Wam opowiedzieć rozpocznie się zupełnie inaczej. Czas przygotowań do świąt Bożego Narodzenia dla większości kojarzy się z wesołą gonitwą, kolędami, ozdobami i prezentami… Ogólnie wszem i wobec otaczającym nas duchem świąt. Nie mi.

Miasteczko już od paru dni żyło świętami. Śnieg zamalował na biało niemal każdą uliczkę. Przed domami nocą jaśniały już sanie świętego Mikołaja, a na wystawach sklepowych królowały słodycze, bądź zabawki. Ja jakoś nie podzielałem tego wielkiego zrywu zmiany wystroju mieszkań na fabrykę elfów. Oczywiście na biurku dumnie stała figurka świętego czerwonego, ale to jeszcze pozostałości z czasów szkolnych i durnych paczek na klasowe wigilie.

Odkąd opuściłem progi domu dziecka nie byłem skory do obchodzenia świąt jakichkolwiek, a Bożego Narodzenia najbardziej. Dlatego mówiąc o tym czasie, muszę rozpocząć historię ubiegłorocznych świąt od słowa „znowu”.

Znowu czekały mnie złowieszcze reklamy z dzwoneczkami, płatkami śniegu i prezentami. Znowu w pociągu, autobusie i taksówce musiałem wysłuchiwać kultowego przeboju Wham! „Last Christmas” i znowu znajomi opowiadać będą, jakie to nie mają plany na rodzinne święta i przebojowego sylwestra.

W dzień wigilii od rana człowiek nie zazna spokoju. Sąsiadka odkurzaczem obrała funkcję budzika i zakłóciła błogi spokój i etap snu. Pana Zdziśka spod dwudziestki wzięło na dekorowanie balkonu, a o jego niepowodzeniach dowiadywałem się na bieżąco, dzięki emocjonalnym okrzykom i rozgłośni radiowej przez wielu nazywanej „uchylone okno”.
Stos zleceń, jaki czekał na biurku nie pozwalał na chwilę roztargnienia. Słuchawki kurczowo trzymające się uszu i ostre rockowe brzmienia zapewniały dostateczne skupienie w tym corocznym grudniowym horrorze.

Pizzę zamówiłem już dobre pół godziny wcześniej. Byłem przekonany, że niedługo powinna przyjść. Tym razem bez mięsa – w końcu wigilia. Gdy kiszki zaczęły wołać do mnie „już czas!”, zadzwonił dzwonek do drzwi. U progu jednak, zamiast zbawcy stały rozradowane dwie dziewczynki. Niczym lampki choinkowe raziły w oczy ich aparaty na zębach. Natomiast biegnąc, swoimi warkoczami, mogły wybić komuś oko. Po tym, ale też po stroju, wywnioskowałem, że mam do czynienia z harcerkami.

– Czuwaj! Nazywam się Julia, a to Ania – starsza wskazała na dziewczynkę obok.

– Dzień dobry… – nieco zdezorientowany czekałem na ciąg dalszy.

– Są święta i robimy paczki dla osób starszych, samotnych z naszego miasta. Nie mają z kim spędzić dzisiejszego wieczoru. Chcemy, aby mieli choć trochę radości w te święta.

– No dobrze. A co ja mam do tego?

– Może mógłby Pan się włączyć? Materialnie, albo wspomóc drobnym datkiem? – wpatrzone we mnie, jak Pan Władek gdy prosi o ognia, czekały na moją odpowiedź.

– Nie jestem zainteresowany. Do widzenia – zamknąłem drzwi i wróciłem do pracy.

Czy ludzie nie mają co robić? Praca, czynsz, a jeszcze marnują czas na jakieś bezsensowne datki. Czy naprawdę nie mają większych zmartwień? Nie mają swojego życia? No ale w sumie, jeszcze są młode, głupiutkie. Życia nie znają.

Wracamy do porządku dnia – słuchawki, rock, zlecenia. Ta chwila nie potrwała jednak długo. Dzwonek domofonu. No! Teraz to już na pewno jedzonko.

– Pizza dla pana – głos zwiastował dobrą nowinę. – Zejdzie Pan na dół? Mam całą masę dostaw, a do Pana to na czwarte piętro.

Mogłem się poświęcić. W końcu w słusznej sprawie. Mowa przecież o pizzy, a dzień jeszcze długi. Na głodzie siedzieć nie będę. No to biegiem. Mały trening pasuje do dzisiejszej „Fit-mody”, a prawie rok temu obiecałem sobie, że zacznę ćwiczyć.

Czwarte, trzecie, biegiem drugie, pierwsze… I jest!

Zmarznięty chłopaczyna z czerwonym nosem, jak Rudolf, czy tam inny taryfiarz świętego Mikołaja, czekał na dole. Po czerwonych dłoniach już wiedziałem, że raczej nie trafił tutaj samochodem. Nie myliłem się. Przed klatką stały jego sanie – rower.

– Dzień dobry! To będzie siedemnaście pięćdziesiąt – z jakiegoś, nieznanego dla mnie, powodu wykrzyknął to wesołym tonem.

Wręczyłem banknot dwudziestozłotowy i otrzymałem ciepłą, pachnącą pizzę z podwójnym serem.

– Wybaczy pan. Nie mam, jak wydać.

– W porządku. Reszta pana – już ogarnęła mnie „owsiakowa” dobroć w „januszowskim” wydaniu.

– Dziękuję panu! Wesołych świąt!

Rudolf już odpalał swojego mercedesa-jednoślada. Pora świątecznej konsumpcji była coraz bliżej.

Teraz jednak schody mnie odstraszyły. Na szczęście jest winda, a w dodatku nikogo dookoła. Żadnych sąsiadów, grzecznościowych rozmów i pytań o stan przygotowań do świąt. Rozstawiłem się więc, oparty o ścianę i oglądający w odbiciu lustra siebie i ten wspaniały kartonik.

No i znowu – pierwsze piętro, drug… Winda stanęła. Do środka wszedł jeden z sąsiadów. Starszy jegomość. O dziwo twarz mi obca, choć zresztą mało która w tym bloku była mi znajoma. Lekko przygarbiony, o lasce. Miły wyraz twarzy i sterta zmarszczek powodowała, że tylko dorobić brodę, a dzieci od parunastu dni nie dawałyby mu spokoju, prosząc o prezenty.

– Dzień dobry – grzeczność nakazywała się przywitać choć rękę dawałem sobie uciąć, że go nie znałem.

– Uszanowanie młody człowieku – skinął delikatnie głowę i zdjął kapelusz.

Wcisnął piąte piętro. Jedziemy dalej. Winda ruszyła – drugie, trzecie piętro. Smak pizzy był już tak blisko!

Moje myśli były coraz bliżej podwójnego sera, pieczarek, sosu czosnkowego i innych dodatków. Oczywiście za wyjątkiem ananasa. Takiego wirtuozostwa na pizzy nie tolerowałem. Te myśli za chwilę miały jednak zejść na dalszy plan.

Winda zatrzymała się. Drzwi się nie otwierają. Nikt nie wchodzi. Awaria? Świetnie! Na półmetku mojej podróży do szczęścia musiała zatrzymać się winda pamiętająca czasy Gierka.

– Co się dzieje? – starszy pan widać było, że nieźle zestresował się całą sytuacją.

– Pewnie awaria windy. Proszę się nie niepokoić. Pewnie zaraz ruszy.

Na ścianie widniał numer telefonu, na który należało dzwonić w takich sytuacjach.

– Halo! W czym mogę pomóc?

– Witam. Winda na Kwiatowej 13, klatka C, się zawiesiła. Siedzimy w środku.

– Rozumiem. Już sprawdzam, kto może podjechać. Proszę chwilę zaczekać.

Chwila zamieniła się w pięć minut, a w obliczu mojego wyczekiwania na posiłek, była to niemal wieczność.

– Bardzo pana przepraszam. Najszybciej ekipa będzie mogła być na miejscu za jakąś godzinę. Proszę uzbroić się cierpliwość. Dziękuję za telefon, do widzenia.
Nie zdążyłem nic powiedzieć, kiedy babsko po drugiej stronie odłożyło słuchawkę.

– Będą za godzinę – poinformowałem mojego towarzysza niedoli.

Ten oparł się nieco ciężej na lasce i nie odpowiedział. Mijała kolejna minuta, a jedyne odgłosy, jakie można było coraz wyraźniej usłyszeć, to burczenie w moim brzuchu.
Postanowiłem nie czekać. Delikatnie otworzyłem pudełko. Zapach rozniósł się po całej windzie. Rozkosz strudzonego i zgłodniałego wędrowca. Dopiero po drugim kawałku uświadomiłem sobie, że przecież ktoś tutaj ze mną jest.

– Poczęstuje się Pan? – zaproponowałem.

– Chętnie. Nic oprócz śniadania jeszcze nie jadłem.

Kolejne minuty. Niezręczna cisza narastała. Zaczynała już przeszkadzać nam obu. Wyszedłem na ratunek tej sytuacji.

– Nazywam się Marcin Niesiadło – wyciągnąłem dłoń.

– Miło mi. Ludwik Kowalski.

I choć miało to uratować sytuację, to jednak nie miałem dalszego planu działania. Cisza powróciła ze zdwojoną siłą i chyba miała z nas lekki ubaw.

Pan Ludwik zaczął przetrząsać nerwowo kiszenie płaszcza. Wyciągnął komórkę. Jednak jedynie spojrzał na nią znacząco i odwrócił wzrok. Łatwo było zrozumieć, że pewnie padła bateria.

– Chce Pan zadzwonić?

– Nie będę robić kłopotu…

Już chciałem podać telefon, kiedy zobaczyłem, że i mi padła bateria.

– Nic nie szkodzi. Chciałem zadzwonić do córki.

Mój rozmówca wyciągnął portfel i z wyraźną dumą wskazał na zdjęcia.

– To ona. Agata. Zdolna dziewczyna. Ma swoją kancelarię prawną. Karierę w Warszawie. A to jej mąż Karol i dzieciaki – Robert i Kamil.

– Pewnie czekają z wigilijną kolacją? – zagadałem.

– Nie, nie… Agatka z rodziną została w Warszawie. Miała jakiegoś ważnego klienta i nie opłaca im się po nocach jechać aż tutaj ze stolicy. Kartkę mi wysłali. Ładna, prawda?
Faktycznie robiła wrażenie. Mikołaj na dachu z workiem prezentu próbuje dostać się do komina. Dużo brokatu i innego plastycznego badziewia.

– Święta spędzam sam. Skromna kolacja, jakiś koncert kolęd w telewizji. Barszczyk i karpia kupiłem na wynos w tej restauracji obok naszego bloku. Jak jeszcze Ewa żyła to pichciła nieziemskie przysmaki. Uszka palce lizać, a pierogi ruskie? Ciągle pamiętam ich smak. Teraz to nie – Pan Ludwik wyraźnie się zasmucił.

– No ale pewnie dzieciaki przyjadą jeszcze w pierwsze, albo drugie święto?

– Agatka nie przyjeżdża. Nie mają czasu, a nie chcę im robić kłopotu. Wie Pan, takie czasy… Trzeba pracować. Ja już tam swoje święta spędziłem. Teraz mogę skromniej. Mam nadzieję, że do Nowego Roku swojego staruszka odwiedzą. Wnukom prezentów nakupowałem. A Pan?

– Co ja?

– No święta. Rodzice, żona, narzeczona, dziewczyna, dzieci? Z kim Pan spędza? – u pana Ludwika włączyła się dziennikarska dociekliwość.

– Ja nie obchodzę świąt. Nie ma czasu… – już niechętnie ciągnąłem tę rozmowę.

– Jak to tak! To przecie skandal! A rodzice?

– Nie mam.

Z jakiegoś powodu, ten z pozoru smutny fakt, spowodował u Pana Ludwika nagły uśmiech. Jak dla mnie, w kontekście całej sytuacji, przerażający.

– To zapraszam! Kupiłem i tak chyba za duże porcje. Sam nie zjem, a wyrzucić szkoda.

Na szczęście w tym momencie winda ruszyła. Drzwi otworzyły się na czwartym piętrze.

– Miło było pana poznać. Do widzenia – rzuciłem na odchodne.

– Do widzenia. Gdyby pan zechciał to zapraszam. Mieszkanie trzydzieści cztery.

W mieszkaniu zapomniałem wyłączyć światło. Puste pudełko po pizzy wyrzuciłem do kosza. Po kilku godzinach wszystkie zlecenia na dzisiaj były gotowe. Może coś w telewizji? No tak – Szklana Pułapka, Kevin sam w domu, koncerty kolęd… nudy!

Wyszedłem na balkon. Chwila oddechu i smak tytoniu. Nie było aż tak mroźno to można było spędzić chwilę na świeżym powietrzu. Wigilia to ciekawy czas, bo o tej godzinie w każdym mieszkaniu paliły się jeszcze światła. Stukanie do drzwi. Kto to do diaska? Może kolejny dziwak. Tego dnia już nikt nie mógł mnie zaskoczyć.

To był pan Zdzisiek. Ten spod dwudziestki. Ubrany odświętnie, w klapkach.

– Przepraszam, że tak w wigilię. Pan Ludwik Kowalski?

– Nie. On mieszka pod trzydziestką czwórką – aż nieswojo się poczułem, że już coś wiem o moich sąsiadach.

– O kurde. A mógłby mu Pan przekazać ten list? Listonosz się chyba pomylił i nam przyniósł, a od rana zajęty byłem dekorowaniem balkonu. Jakoś z głowy wyleciało. Trzydzieści cztery to piętro wyżej, a żona mnie ukatrupi, jak zaraz na kolację na przyjdę – widać pan Zdzisiek uznał, że musi mi się tłumaczyć.

Wziąłem list. W sumie i tak nic lepszego nie miałem do roboty. Ewentualnie, jakaś gra na konsoli… Podskoczę na górę, wrzucę list przez szparę w drzwiach i wracam.

– Dobrze. Proszę go dać.

Pan Zdzisiek zniknął w mroku korytarza.

List widać było, że był otwierany. W sumie, czego po sąsiadach się można było spodziewać. Hmm… Ciekawe o co chodzi. Przecież staruszek to już pewnie znajomych nie ma. Ciekawość wzięła górę. Przeczytałem.

„Tato… Nie uda nam się przyjechać w tym roku do Ciebie. Karol dostał pracę w Berlinie. Musimy lecieć jeszcze w tym tygodniu. Mam nadzieję, że rozumiesz. Wyślemy Ci zdjęcia, jak tylko się tam urządzimy. A jak u Ciebie zdrowie? Ostatnio czytałam…”

Nie czytałem już dalej. Jakoś zrobiło się mi ciężej. Usiadłem.

Przejście o jedno piętro wyżej okazało się tym razem trudniejsze niż jakbym miał przejść całe pięć. Zapukałem. Otworzył mi rozradowany Pan Ludwik.

– A jednak… Wiedziałem, że Pan przyjdzie! Proszę usiąść. Właśnie podgrzewam jedzenie w mikrofali.

Wszedłem. Skromne mieszkanie pełne było fotografii córki, jej męża i wnuków. Tam na wakacjach w Egipcie, to znów na Majorce, a gdzie indziej w domu u Pana Ludwika. Ale te chyba były stare, bo jeszcze z nimi była uśmiechnięta staruszka. Pewnie pani Ewa.

Zostałem na wigilii. W końcu nie będę mu w święta psuł humoru tym listem, przekazałem mu wiadomość następnego dnia. O dziwo i tutaj pan Ludwik nie chciał robić kłopotu. Odłożył list na bok i spytał, czy zagram z nim w szachy.

W tym roku pan Ludwik święta spędza u mnie. W końcu mam większy salon. Spokojnie przy stole zmieści się dwanaście potraw.

Piotr Chistowski

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
1500