Ni hao znaczy „cześć”. Z Kartuz do chińskiego Yanshan

0
Paulina w chińskiej szkole prowadzi zajęcia dla 1000 uczniów. Lekcje prowadzone są w grupach liczących od 58 do nawet 70 uczniów. Wielokrotnie podkreśla, że jak na tak duże grupy dzieci są wyjątkowo zdyscyplinowane Fot. mat. prywatne

Paulina Wyszecka ma 26 lat i pochodzi z Kartuz. Od września 2017 roku mieszka w południowo-wschodnich Chinach i uczy w tamtejszej szkole języka angielskiego. W rozmowie z nami opowiada o pracy w chińskiej szkole, różnicach kulturowych i o tym, dlaczego warzywa w Chinach myje się… płynem do mycia naczyń.

 

Paulina mieszka w małej (jak na chińskie warunki) miejscowości Yanshan w prowincji Jiangxi położonej na południowym wschodzie Chin. Yanshan pod względem wielkości i ludności Paulina porównuje do Trójmiasta. Razem z Isabel – Amerykanką pochodzącą
z Austin w stanie Texas są jedynymi białymi osobami w mieście. Odmienny kolor skóry w tym rejonie Chin wywołuje nie lada zainteresowanie, które jak wspomina moja rozmówczyni, na początku było dla niej sporym szokiem. Zwykłe wyjście do supermarketu
kończyło się najczęściej… sesją zdjęciową.

– Wszędzie jesteś fotografowana, nagrywają z tobą filmy, zatrzymują cię… Pójście po jajka do sklepu, które zajmuje klika minut, u mnie trwało nawet pół godziny. Dziennie po kilkaset razy słyszysz, jaka jesteś piękna, bo masz duże oczy i jesteś po prostu biała – opowiada.

Do Polski wróciła na chwilę w lutym. Wtedy w Chinach trwa się Spring Festival, czyli obchody związane z Chińskim Nowym Rokiem. Wszyscy mają wolne przez blisko miesiąc. Podróż samymi samolotami (najpierw z Szanghaju do Kopenhagi, a stamtąd do Gdańska) zajęła jej ponad 12 godzin. Ale na Kaszuby, w swoje rodzinne strony wraca chętnie. Może wtedy nie tylko odpocząć, ale także pooddychać świeżym powietrzem i zjeść zdrowe warzywa bez konieczności wcześniejszego użyci płynu do mycia naczyń.

Ni hao, czyli „cześć”

Decyzję o wyjeździe do Chin podejmuje już w trakcie studiów magisterskich na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Studiuje anglistykę. Wcześniej wraz z rodziną na wakacje leci do Pekinu. Klimat Azji ją oczarowuje. Namawiała ją także siostra – Marta, która jest tam już od trzech lat, a obecnie mieszka w Szanghaju. Pracy w Chinach zaczyna szukać na własną rękę. Sierpień 2017 roku spędza na wysyłaniu swoich CV w odpowiedzi na różne propozycje pracy, które znajduje w internecie.

Paulina na zdjęciu z siostrą Martą, która w Chinach mieszka
od trzech lat. Marta obecni robi doktorat w Szanghaju Fot. mat. prywatne

– Ciężko jest znaleźć dobrą ofertę. Niby nikt nie chce jechać „w ciemno”, ale najczęściej tak właśnie jest. Kupujesz bilet, jedziesz i na miejscu zaczynasz wszystko od nowa – mówi Paulina.

Najlepiej pracy szukać przez aplikację WeChat. W największym uproszczeniu jest to rozbudowany odpowiednik Facebooka, ale z o wiele bardziej rozwiniętymi możliwościami.

– Chińczycy płacą WeChatem. zamawiają tam taksówkę, czy obiad, dzwonią przez niego i umawiają się na spotkania. Z jednej strony jest to bardzo praktyczne. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość tego, że ta aplikacja jest w pełni kontrolowana przez chiński
rząd, który gromadzi i analizuje zdobywane tą drogą informacje – opowiada Paulina.

Przez WeChat odbywają się także rozmowy kwalifikacyjne. Tam ustala się warunki zatrudnienia i negocjuje kontrakt. Nauczycieli z zachodu zatrudniają agencje. Na miejscu dana agencja przydziela pracownikowi asystenta, tzw. TA – teaching assistant, którego głównym zadaniem jest pomoc w odnalezieniu się w całkowicie nowej rzeczywistości.

– Asystent ma pomóc ci w codziennym życiu: być tłumaczem, pójść z tobą na zakupy i powiedzieć co jest czym, bo w sklepach nie ma napisów w języku angielskim, czy uczestniczyć w prowadzonych lekcjach. Niestety mojego TA straciłam pod dwóch tygodniach i jakoś trzeba było poradzić sobie samemu – mówi Paulina.

Poza asystentem agencje w większości przypadków gwarantują swojemu pracownikowi zakwaterowanie oraz opłacają rachunki.

– Trzeba umieć się negocjować. Ja trafiłam bardzo dobrze, bo mieszkam w 5-pokojowym, przepięknym i za dużym dla mnie apartamencie, za który razem z rachunkami płaci agencja. Z pewnością nie mogę na to narzekać – mówi.

– Jesteś biały? Nie płacisz! – mówi Paulina. Wychodząc do restauracji ze znajomymi, czy współpracownikami osoby z zachodu najczęściej nie płacą za siebie. Sam fakt „pokazania się” z kimś o zachodniej urodzie jest dla Chińczyków bardzo nobilitujące Fot. mat. prywatne

Paulina jedzie do Państwa Środka znając jeden zwrot – ni hao, czyli „cześć”. Pracę w szkole zaczyna 20 września 2017 roku. Chińska prowincja Jiangxi nie zalicza się do tych zamożnych. Obrazują to chociażby warunki panujące w szkole, w której uczy Paulina. Budynek nie ma centralnego ogrzewania. Żeby zwiększyć temperaturę w pomieszczeniach wykorzystuje się klimatyzację. Podczas lekcji Paulina najczęściej siedzi w kurtce.

– Poza tym nawet uczniowie nie chcą podwyższać temperatury, bo są cały czas w ruchu. Codziennie mają tzw. poranne bieganie, czyli półgodzinny bieg na terenie szkoły. Również w przerwach innych zajęć mają ćwiczenia fizyczne, więc raczej szukają ochłody, a nie ciepła. Nawet w zimie – tłumaczy.

Nawet 70 uczniów w jednej grupie

Lekcje najczęściej rozpoczynają się od 7.20 i trwają do 17.15 w czasie zimowym lub do 18. w czasie letnim. Chińskie szkoły są otwarte w przenośni i dosłownie. W klasach najczęściej otwierane są wszystkie okna. Otwarte pozostają też drzwi, co jeszcze bardziej przyczynia
się do zmniejszenia temperatur. Za czystość w szkole odpowiedzialni są uczniowie, którzy są zobligowani do jej regularnego sprzątania. Jednak to nie temperatura daje najbardziej nauczycielowi w kość, a liczba uczniów.

– Klasa VII w której uczę obejmuje dzieci w wieku 13-15 lat. Łącznie w klasie jest 4000 uczniów. Ilu jest w całej szkole? Ciężko mi powiedzieć chociażby w przybliżeniu. Podzielni są na grupy, w których średnio uczy się od 58 do 70 osób – opowiada.

W szkole Paulina wraz z pochodzącą z Texasu Isabel przygotowują razem ze swoimi uczniami przedstawienia teatralne Fot. mat. prywatne

Paulina uczy około 1000 uczniów. Wielokrotnie podkreśla, że jak na tak duże grupy dzieci są wyjątkowo zdyscyplinowane, jednak zdarzają się sytuacje, w których trzeba zapanować nad taką ilością dzieci.

– Trzeba mieć na to swoje sposoby. Są klasy bardzo zdyscyplinowane i nie przesadzę, jeśli powiem, że w grupie kilkuosobowej w Polsce było zdecydowanie
głośniej w trakcie zajęć, niż w chińskiej klasie 60-osobowej. Zdarzają się jednak takie grupy, z którymi bardzo ciężko sobie poradzić. Jeżeli ktoś bardzo przeszkadza mi w trakcie zajęć, to każę mu stać w kącie z tyłu klasy – opowiada Paulina.

Czasami na końcu klasy stoi i 10 osób, ale to i tak kara nieporównywalnie niższa do tych, które stosują chińscy nauczyciele. A są to najczęściej kary cielesne, które w chińskich szkołach są oczywistą formą dyscyplinowania za niesłuchanie poleceń nauczyciela. I
choć od jakiegoś czas są nielegalne, to częstotliwość ich wymierzania wcale nie zmalała.

– Zdarza im się kopnąć dziecko lub uderzyć książką w głowę… Takie coś w Polsce jest po pierwsze w ogóle nie do pomyślenia, a po drugie niezgodne z prawem. W Chinach nauczyciel uderzy ucznia, jeśli ten nie chce się słuchać, albo przeszkadza w prowadzeniu zajęć. Niby nie jest to już legalne, ale sama byłam świadkiem tego tupu sytuacji – tłumaczy nasza bohaterka.

Dziecko nie pójdzie się poskarżyć wychowawcy, ani rodzicom, bo nauczyciel to zawód cieszący się w Chinach ogromnym szacunkiem i społecznym poważaniem. Nikomu nie przyjdzie do głowy, aby nie zgadzać się z jego oceną, czy kwestionować jego decyzje. Silna pozycja nauczycieli to także jedna z przyczyn, dla których Paulina zdecydowała się na wyjazd właśnie do Chin.

– Wyobrażasz sobie coś takiego w Polsce? Oczywiście są nauczyciele, którzy cieszą się szacunkiem uczniów i rodziców, ale ile ich dzisiaj jest? Te czasy niestety już minęły… – twierdzi Paulina.

– Uczniowie w Polsce powinni uczyć się dyscypliny od Chińczyków – opowiada Paulina Fot. mat. prywatne

W trakcie lekcji do dzieci zwraca się wyłącznie po angielsku, bo taka jest idea zajęć.

– Stosujemy metodę immersji, czyli całkowite zanurzenie się w języku angielskim. To może być początkowo trudne, zwłaszcza dla słabszych uczniów, ale już teraz widzę ich ogromne postępy. To przynosi mi dużo radości i satysfakcji – opowiada.

To także masa pracy, nawet po godzinach. Bo chociaż w teorii Paulina pracuje 28 godzin tygodniowo, to w praktyce jest ich o wiele więcej.

– Po szkole najczęściej sprawdzam testy, dyktanda, książki… A mając tak dużo uczniów nie da się tego zrobić w godzinach pracy – tłumaczy.

Same zajęcia prowadzone przez nauczycielki takich jak Paulina są odpłatne. Rok nauki kosztuje jednego ucznia 400 juanów, czyli ok. 200 zł. Szkoła „zarabia” na Paulinie nawet pół miliona złotych rocznie. Zapotrzebowanie na „zachodnich” nauczycieli angielskiego jest ogromne, przez co trafiają tam często osoby nie mające żadnych kwalifikacji, ani podstawowej wiedzy, aby nauczać języka. Paulina wspomina Sandrę – Rosjankę, z którą przez dwa tygodnie pracowała w szkole.

– Jeżeli ktoś mówi „me like chocolate”, czyli nawet nie potrafi poprawnie odmienić „ja”, czyli „I like chocolate”, to już mamy obraz całego tego zjawiska – tłumaczy.

Kawałek sera w cenie patelni

Co najbardziej zaskoczyło Paulinę w Chinach? Zapach.

– Niestety, ale Chiny śmierdzą. Jeżeli kąpiesz się codziennie, to znaczy, że coś jest z tobą nie tak. Nie znam Chińczyka, który kąpałby się codziennie, albo chociaż mył codziennie włosy. Poza tym nawet jako naród mają swój specyficzny zapach, zwłaszcza dzieci – tłumaczy moja rozmówczyni.

Ciężko było jej także na początku znieść brak europejskich toalet. Na prowincji za sanitariat najczęściej służy „dziura w ziemi”. Problematyczne bywają także zakupy.

Chociaż oficjalnie w Chinach nie wolno obchodzić Świąt Bożego Narodzenia, to tradycyjnie wręcza się z tej okazji podarunki.
Najczęściej są to pięknie rzeźbione jabłka – symbol pokoju Fot. mat. prywatne

– W mojej miejscowości niestety nie kupię dla siebie butów w rozmiarze 39/40, a zamawianie ich w internecie też najczęściej nie jest trafionym pomysłem. Podobnie jest z ubraniami. Na co dzień noszę rozmiar M. Ostatnio zamawiałam sukienkę i przezornie kupiłam ją w rozmiarze XL. Kiedy ją dostałam, to myślałam, że to jakaś koszulka. Więc to jest dość uciążliwe – opowiada Paulina.

I choć Chiny uznawane są za jedno z najtańszych państw na świecie, to takie produkty jak ser, czy masło są kilkakrotnie droższe, niż w Polsce.

– Nabiał w Chinach to produkt niemalże luksusowy – śmieje się Paulina. – Za kawałek sera zapłacisz tyle, ile za patelnię i dostępny jest jedynie w dużych miastach, takich jak Szanghaj. Litr mleka to koszt ok. 10 zł. Niestety produkty importowane są dość drogie –
tłumaczy.

Problem jest także z chlebem. Pieczywo w Chinach z reguły jest słodkie. Dość ciężko dostać też chleb tostowy.

– Dlatego na co dzień jem z reguły ryż, różnego rodzaju pasty, albo makarony. Nie jem też mięsa, a ono w Chinach dostępne jest praktycznie w każdym daniu i pod każdą postacią – tłumaczy Paulina. Również zakupy w markecie mogą dostarczyć wielu, niekoniecznie pozytywnych emocji, o czym Paulina przekonuje się do dzisiaj.

– Wszystko musi być świeże, więc wszystko zabijają, obdzierają ze skóry na twoich oczach. Nawet jajka znoszone są przez kury i kaczki bezpośrednio w markecie. Poza tym w Chinach mają takie powiedzenie, że wszystko co się rusza i jest odwrócone grzbietem do słońca jest jadalne. Myślę, że to doskonale oddaje ideę chińskiej kuchni – komentuje Paulina.

Bogactwo kulturowe Chin można dostrzec w zachowanych zabytkach, które są wykonane z niezwykłym kunsztem Fot. mat. prywatne

Chińczycy mają także dość instrumentalne podejście do zwierząt. Małe króliki, żółwie, czy chomiki sprzedawane są masowo w kramikach przed szkołą. Uczniowie bawią się nimi, chowają do kieszeni. Ile takie zwierze jest w stanie przeżyć? Niedługo.

– W mojej miejscowości jest sklep zoologiczny, w którym można kupić pudle. Przetrzymywane są w okropnych warunkach, w klatkach i są farbowane na wszystkie kolory tęczy, przebierane. To mnie zszokowało – wspomina.

Warzywa? Tak, ale umyte w płynie do mycia naczyń

Ze względu na skażenie środowiska i różnego rodzaju modyfikacje wszelkie warzywa i owoce trzeba dokładnie myć. Jak mówi Paulina – „po chińsku”.

– Czyli płynem do mycia naczyń – śmieje się. – Niestety zwłaszcza warzywa zawierają w sobie tyle szkodliwych dla zdrowia substancji, że trzeba jakoś ratować się chociażby płynem do mycia naczyń. To sprawdzony chiński sposób – tłumaczy.

Ogromne drapacze chmur można spotkać w praktycznie każdym mieście… Fot. mat. prywatne

Niezwykle uciążliwy jest także smog, który w Chinach bije kolejne rekordy. Podczas mojej rozmowy z Pauliną stężenie pyłów PM w jej miejscowości wynosiło blisko 300 μg/m3, czyli sześciokrotnie więcej od dopuszczalnej normy.

– Nigdy nie sądziłam, że smog może być tak uciążliwy. Tak złe powietrze fatalnie oddziałuje na cały organizm, ale przede wszystkim na płuca. Dlatego też wszyscy dookoła charkają, bez względu na to, czy jest się prezesem, czy zamiataczem ulic. Lepiej więc nie patrzyć pod nogi – radzi Paulina.

Wszechobecna jest także cenzura. Najbardziej jest to odczuwalne w internecie.

– Nie ma Facebooka, YouTube, Instagrama, a nawet wyszukiwarki Google. Tego typu rzeczy są dostępne, jeśli posiada się VPN, czyli nie do końca legalne narzędzie umożliwiające dostęp do większości blokowanych przez chiński rząd stron – tłumaczy Paulina.

Indoktrynowane od najmłodszych lat są też dzieci, co widoczne jest chociażby w podręcznikach.

Jeden kraj, wiele światów

Do końca roku Paulina planuje pozostać w Yanshan. Później czekać ją będzie najprawdopodobniej przeprowadzka na południe do Guangzhou. Zastanawia się także nad doktoratem w Szanghaju, ale do tego konieczna jest dość zaawansowana znajomość chińskiego, a na jego naukę nie ma obecnie zbyt wiele czasu.

– Moja nauka chińskiego opiera się przede wszystkim na codziennym obcowaniu z językiem, na rozmowie z uczniami, innymi nauczycielami, czy ludźmi spotykanymi w sklepie, czy na ulicy. Przekonałam się, że to jedna z najlepszych form nauki języka obcego. Z drugiej strony mam świadomość tego, że w innej prowincji ten język będzie brzmieć zupełnie inaczej i moja nauka rozpocznie się na nowo – tłumaczy.

Chińskie prowincje i dzielnice biedy… Tam życie toczy się
zupełnie inaczej, niż w nowoczesnych chińskich miastach Fot. mat. prywatne

Zdaniem Pauliny, Chiny pozna dopiero ten, kto zdecyduje się wyjechać poza największe miejskie aglomeracje, bo dopiero na prowincji można doświadczyć prawdziwego życia chińskich obywateli.

– Chiny to nie Szanghaj, Hongkong, czy Pekin. Żeby zobaczyć prawdziwe Chiny trzeba wyjechać z największych miast i odwiedzić prowincje, w których nie ma drapaczy chmur, wystawnych restauracji i 5-gwiazdkowych hoteli. Są za to otwarci ludzie uśmiechający się do każdego europejczyka, którego być może zobaczyli po raz pierwszy w życiu, to w większości przypadków szara i prosta komunistyczna architektura oraz po prostu bieda, z którą starają się zmagać. Jednak żeby zrozumieć to, dlaczego Chiny są tak zróżnicowane, trzeba zdać sobie sprawę z tego, jak są ogromne. Ludzie z północy nie będą w stanie zrozumieć tego, co mówią ci z południa. – stwierdza Paulina.

Reportaż ukazał się w wersji papierowej “Głosu Kaszub” 06.02.2018 r.

Dodaj komentarz

avatar
1500