Urodził się w czasach II Rzeczpospolitej, dzieciństwo wypadło mu na lata Sanacji, młodość na okres drugiej wojny światowej i rzeczywistość Polski Ludowej. To chodząca kronika Polski i Rębu, gdzie mieszka od urodzenia. Alojzy Potrykus, który niedługo skończy 95 lat, podzielił się z nami imponującą historią swojego życia.

 

W domu pana Alojzego Potrykusa czas się zatrzymał: stoją tu starodawne meble, wygodne, toczone krzesła, na okrągłym stole leży dziergana serweta, w rogu buczy rozgrzany piec kaflowy. Ale pan Alojzy nie należy do tych, którzy grzeją się w domowych pieleszach. Mimo podeszłego wieku pozostaje bardzo aktywny. Dba o zagonki w ogródku, hoduje kury, zaprawia przetwory na zimę, a nawet… jeździ traktorem. To właśnie pracę fizyczną podaje jako receptę na długowieczność.

Alojzy Potrykus gra na akordeonie. Z tyłu stoi jego matka Zuzanna. Zdjęcie zrobione w roku 1944 przed starym domem Fot. mat. prywatne A. Potrykus

Tutaj czas się zatrzymał…

– Ja się nigdy żadnej pracy nie bałem. Od maleńkości byłem przyzwyczajony do obowiązków na gospodarstwie. Nas w domu było dziewiętnaścioro dzieci, ja byłem przedostatni z najmłodszych. Przy takiej ilości dzieci wiadomo, że było trudno z pieniędzmi, ale moi rodzice byli zaradni i zawsze mieliśmy co jeść, a nawet dzieliliśmy się chlebem i ziemniakami z najbiedniejszymi sąsiadami. Podczas wojny woziłem kamienie do skupu, by zarobić. O czwartej rano, gdy wszyscy jeszcze byli w łóżkach, ja jechałem wozem wyładowanym kamieniami do Pomieczyna. Dziś też nie potrafię usiedzieć bezczynnie. Wszyscy mi mówią: odpoczywaj, ale ja chcę pracować. Mam kury. Mam psa i koty. Mam poletko ziemniaków na własne potrzeby oraz dla tych, co przyjdą pomóc przy wykopkach. Mam zagonki. Przynajmniej człowiek musi się z domu ruszyć, gdy trzeba zająć się inwentarzem. Czasem jednak już sił braknie. Gdy kilka dni temu zrywałem czereśnie, to spadłem ze stołka i nie mogłem się podnieść. Ale udało się. Zaprawiłem kilka słoików kompotu, na zimę mi starczy – mówi z satysfakcją pan Potrykus.

Na jego podwórzu panuje ten niezwykły klimat starych ogrodów, jakiego trudno uświadczyć przy nowych posesjach. Przy szarym domu stoją wiekowe drzewa owocowe z gałęziami sięgającymi wysoko ponad omszały dach. We wraku starego opla pod jabłonią oraz w obudowie zabytkowego radzieckiego telewizora mieszkają kwoki z kurczaczkami. Tajemnicze ścieżki prowadzą w kilka miejsc: na główną drogę, do sadu, do ziemianki przypominającej bunkier oraz do ceglanych budynków gospodarczych z początku XX wieku. W jednym z nich stoi czerwony Ursus C330, którym właściciel czasami wyjeżdża w pole. Mówi, że dobrze czuje się za kierownicą, lepiej niż na ziemi. Sąsiedzi widzieli go też, jak tnie drzewo na opał na elektrycznej pile lub bierze kosę i kosi trawę na łące. Słowem: tytan pracy.

Rok 1925. Dwuletni Alek stoi z przodu i osłania twarz rączkami. Pośrodku siedzą jego rodzice, matka Zuzanna i ojciec Franciszek Fot. mat. prywatne A. Potrykus

Wymarzona syrenka

– Do tego nauczony jestem oszczędzania. Dzięki temu w sześćdziesiątym pierwszym roku mogłem wybudować nowy dom w miejscu starej chaty rodziców. To był dom rodzinny mojej matki, Zuzanny z domu Bazychowskiej, bo ojciec pochodził z Szarłaty i tutaj się wżenił. Potem zamarzył mi się własny samochód. Już mój ojciec marzył o własnym samochodzie i kiedy przed wojną jeździliśmy wozem na Rynek w Oliwie, to mówił, że kiedyś kupi sobie auto. Ale to było za Sanacji, samochody były wtedy bardzo, bardzo drogie i ojciec tego marzenia nigdy nie spełnił. Nawet w PRL-u samochody nie były tanie. Żeby sobie kupić samochód, bardzo z żoną oszczędzaliśmy, potrafiliśmy na przykład przez całe lato jeść tylko zupę owocową z czereśni z naszego sadu. I wreszcie w dniu dziesiątego lipca w siedemdziesiątym czwartym roku kupiłem sobie syrenkę. Na tamte czasy to było coś! Kosztowała siedemdziesiąt cztery tysiące złotych. Nikt w okolicy nie miał wówczas samochodu. Potem często sąsiedzi prosili mnie, bym ich podwoził czy to do lekarza, czy czyjąś żonę na porodówkę. Nikomu nie odmawiałem – opowiada pan Potrykus.

Syrenkę przechowywał długo, nawet gdy już nią nie jeździł, to z sentymentu nie chciał się jej pozbywać. Ale sprzedał ją ostatecznie kilka lat temu kolekcjonerowi pojazdów. Nie zrezygnował jednak zupełnie z czterech kółek. Jeszcze teraz, gdy zdrowie pozwala, samodzielnie prowadzi pomarańczowego fiata uno. Jest dumny ze swojej niezależności i z tego, że nie musi prosić o pomoc.

Żona Wanda z synem stoją na podwórzu przed pamiętna syrenką Fot. mat. prywatne A. Potrykus

Historia działa się na jego oczach

Alojzy Potrykus urodził się 11 grudnia 1923 roku. W ciągu prawie stu lat życia sporo doświadczył. To był przełomowy wiek dla historii Polski: Sanacja, II wojna światowa, Polska Ludowa, upadek komunizmu, III Rzeczpospolita… Zmieniała się też Mała Ojczyzna. W 1926 roku powstała parafia pw. św. Józefa w Pomieczynie, a pan Potrykus poznał osobiście każdego z pięciu proboszczów: ks. Borka, ks. Jankowskiego, ks. Szymichowskiego, ks. Marszalla i ks. Zielińskiego. W roku 2000 zlikwidowano Szkołę Podstawową w Rębie, w której wyuczyło się pięć pokoleń dzieci. W okolicy powstało mnóstwo nowych firm i zakładów pracy.

– Poza tym niewiele się tutaj u nas zmieniło. Może poza tym, że wielu gospodarzy wyprzedaje swoją ziemię na działki budowlane, więc pobudowało się więcej nowych domów i przybyło nowych mieszkańców – stwierdza pan Potrykus.

Po lewej Alojzy Potrykus w zakładzie
Veritas w Kartuzach, gdzie był stróżem, rok 1974 Fot. mat. prywatne A. Potrykus

W życiu prywatnym pana Alojzego działo się całkiem sporo. Ukończył cztery klasy Szkoły Podstawowej w Rębie – więcej klas wówczas w tej szkole nie było. Nie miał możliwości uczyć się dalej, więc zajął się rodzinną gospodarką. W wieku szesnastu lat był świadkiem walk kampanii wrześniowej w Rumi i Gdyni i cudem uniknął śmierci od kuli. Później, gdy Niemcy wcielali Kaszubów przymusem do Wermachtu, o mały włos nie trafił na tragiczny front wschodni do Rosji, na szczęście dzięki znajomemu volksdeutschowi udało się tego uniknąć. Gdy przez Pomieczyno przechodził Marsz Śmierci więźniów obozu koncentracyjnego Stutthof, odważnie pojechał z kaną grochówki, by dokarmić wygłodniałych maszerujących. Wiosną 1945 roku w jego domu rodzinnym przez kilka tygodni znajdował się radziecki szpital wojskowy. W dniu 9 listopada 1948 roku ożenił się z Wandą Cyman pochodzącą z sąsiedniej wioski, urodziło im się pięcioro dzieci, z czego dwoje już nie żyje. Im dłuższe życie, tym więcej bliskich trzeba pochować i opłakać.

Świadkowie I wojny światowej

– Mój ojciec Bernard zmarł w roku 1945 w wieku siedemdziesięciu czterech lat. Urodził się w roku 1870, brał udział w pierwszej wojnie światowej, wtedy to była jeszcze pruska armia cesarska. Walczył we Francji. Wspominał, że to były ciężkie walki. Mój teść też był na froncie w pierwszej wojnie, opowiadał, że gdy miał zawieść na linię ataku amunicję, to zamiast tego on wysypywał ją ukradkiem w rów, a dowódcy kłamał, że dostarczył. Nikt nie chciał ginąć za obce państwo. Po śmierci ojca się ożeniłem i zamieszkaliśmy z żoną tutaj przy mojej matce. Pomagała nam w opiece nad dziećmi. Szczególnie upodobała sobie tego najmłodszego, to było jeszcze niemowlę. Gdy pochylała się nad jego łóżeczkiem, to on zawsze się do niej śmiał. Kiedy matka zachorowała, to przed śmiercią powtarzała: „Ja wam tego małego ze sobą zabiorę”. Ona umarła, a tydzień później zmarło dziecko. Po prostu zasnęło i już się nie obudziło – wspomina pan Potrykus.

W dniu 9 lutego roku 2011 po sześćdziesięciu trzech latach udanego wspólnego życia pochował żonę Wandę. Od tego czasu mieszka sam, na szczęście w sąsiedztwie mieszkają krewni, którzy często go odwiedzają. Doczekał się gromadki wnuków i prawnuków, których już nawet nie jest w stanie zliczyć. A ostatnio nawet urodziło mu się dwóch praprawnuków. W rodzinie Potrykusów nie było przypadków długowieczności – tylko jedna siostra dożyła dziewięćdziesiątki. Rodzice zmarli w wieku około siedemdziesięciu lat, większość rodzeństwa też już od dawna nie żyje. Zmarli też przyjaciele z młodości oraz rówieśnicy z sąsiedztwa.

– Przeżyłem wszystkich – stwierdza pan Alojzy z westchnieniem.

Tekst: Daria Kaszubowska

14
Dodaj komentarz

avatar
1500
3 Comment threads
11 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
GabrysiaMirekGall anonimKarolinaMagdalena Recent comment authors
najnowszy najstarszy oceniany
Karol
Gość
Karol

Ciekawy artykuł. 🙂 tylko że na zdjęciu widac Warszawę a nie Syrenka

XXX
Gość
XXX

A ojciec pana Alojzego na podpisie pod zdjęciem ma imię Franciszek, a w tekście – Bernard 🙂 Ale mimo to artykuł bardzo ciekawy.

Kaszubowska
Gość
Kaszubowska

Moja wina, nie zdążyliśmy poprawić przed wydaniem.

Gall anonim
Gość
Gall anonim

Pani redaktor tu nie ma co poprawiać tylko w najlepszym przypadku usunąć ten artykuł bo choć opisywany człowiek przeżył prawie jeden wiek sam do końca nie wie co ma, jaką ma rodzinę i w ogóle ile miał dzieci. Jeśli brnęła by Pani ostro w historię pana Alojzego i jego rodziny dowiedziała by się pani wielu rzeczy które nigdy nie zobaczą światła prawdy a Pani musiałaby napisać w artykule sprostowanie i przeprosiny dla czytelnika.
Zamknijmy ten dział i pozwólmy historii zamazać swe karty na temat tej osoby

Marta
Gość
Marta

Szkoda ze pani redaktor nie spytała się jakim jest człowiekiem i czemu tak długo żyje. Nie bez kozery mówi się że złego diabli nie biorą i swoje musi przeżyć aby odkupić krzywdy i nienawiść do ludzi wyplutą.

Wiola
Gość
Wiola

Yyyy… Serio? Był złym człowiekiem i dlatego żył długo?
Co za ludzie…

Marta
Gość
Marta

Nie co za ludzie. Tylko taka jest prawda powinien umierać w samotności tak jak jego syn którego doprowadził do samobójstwa. Będzie żyć i konać w męczarniach.

Magdalena
Gość
Magdalena

A w Pani Marcie ile jadu musi być, żeby upubliczniać swoje prywatne wywody do tego człowieka…

Karolina
Gość
Karolina

A coś więcej

Mirek
Gość
Mirek

Do Marty
Dlaczego umierał w samotności? Skoro miał kobietę i dzieci?

Mirek
Gość
Mirek

Do Marty
To pani wróże długie życie skoro pani zionie taką nienawiścią do ludzi ,, Jak złego diabli nie biorą”

Gall anonim
Gość
Gall anonim

Jeśli nie zna się człowieka z bliska tylko widzi lub słyszy same dobre rzeczy to w oczach przypadkowego człowieka będzie on super osobą. Jeśli pojedzie się na wieś i popyta starszych sąsiadów jakim był opisywany w artykule pan Alojzy to nie jeden czytelnik otworzyłby oczy i podczas spotkania z nim pokazałby mu palec pukający w czoło i powiedział do Niego ” Czy ci człowieku te czereśnie nie zaszkodziły “. Ten kto zna tego człowieka powie otwarcie, jest to opis pobieżny bo to co czynił woli przemilczeć bo chce spokojnie spać. Drogi czytelniku spróbuj dotrzeć do jego rodziny i poznać jakim… Czytaj więcej »

Mirek
Gość
Mirek

Przeczytałem ten artykół jeszcze raz, przecież ten człowiek nie chwalił się swoimi sukcesami tylko opowiada co przeżył w swoim życiu. Moja rodzina zna tego człowieka od 80 lat i nigdy nigdzie nie słyszałem o nim niczego złego. I nie oceniem go czy był dobrym czy złym człowiekiem.

Gabrysia
Gość
Gabrysia

Gall dlaczego piszesz anonimowo wstyd Ci się przyznać kim jesteś jeśli nie chcesz się ujawnić to nie powinieneś się wypowiadać na ten temat A po drugie kogo się pytać na wsi skoro jego rówieśnicy i przyjaciele z dawnych lat już dawno nie żyją a te osoby co znają go dłużej to źle onim nie mówią wręcz odwrotnie bardzo dobrze go wspominają