W. Krause: Warto było pokonać te kilometry na rowerze

0
fot. Piotr Chistowski

25 czerwca 2016 roku wyjechała na rowerze z Żukowa. Pokonała 1200 km. Po drodze zostawiała instytucjom i napotkanym osobom kalendarzyki z informacją, jak pomóc Milence, a także promowała gminę. W marcu otrzymała z rąk Burmistrza Wojciecha Kankowskiego nagrodę „Sucovia”. Jest nauczycielką w Glinczu, a także „zwariowaną pasjonatką” podróży, muzyki i pomagania. Wioleta Krause w rozmowie z Piotrem Chistowskim opowiada o swoich rowerowych przygodach, muzyce i wielkiej satysfakcji z bycia nauczycielem…

Piotr Chistowski: Jak się czujesz po otrzymaniu Sucovii? Emocje już z pewnością opadły…

Wioleta Krause: Nadal wychodzę z założenia, że wszystkie działania, które robię i robiłam, nie są z myślą o gratyfikacji. Robię to, bo to lubię, bo sprawia mi to frajdę, bo chcę to robić.

Nagroda była dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem. Statuetka stoi teraz w mojej szkole w Glinczu. Czasami przechodzę korytarzem i na nią zerknę, to nadal niedowierzam (śmiech).

Uważam tę nagrodę za pozytywny zastrzyk do tego, aby dalej działać i kontynuować tę działalność.

Ale faktycznie, emocje były duże… (śmiech).

P.CH: Tak jak mówisz ta nagroda to dla Ciebie wiele radości, ale też wzruszeń. Wszystko odbyło się bowiem w cieniu tragedii… Parę dni wcześniej zmarła mama Milenki.

W.K: Magdę i całą rodzinę kojarzyłam już od dłuższego czasu, ale bliżej poznałam ich dopiero, gdy rozpoczynaliśmy planować podróż „Rowerowo – aktywnie i zdrowo Milenka promuje gminę Żukowo”. Wytężony kontakt był także w trakcie podróży i jakiś czas po.

Nie rozmawiałam z tatą Milenki i nie jestem rodziną, więc nie chciałabym wchodzić w tematy tak bardzo rodzinne…

fot. Piotr Chistowski

P.CH: Jak poznałaś historię Milenki?

W.K: Nie ma chyba w Żukowie osoby, która nie słyszałaby o Milence. W niemal wszystkich sklepach, szkołach, czy innych miejscach publicznych są kartony do których można wrzucać nakrętki i płyty, a co rusz organizowane są dla niej różne kiermasze.

Milenka z rodzicami odwiedziła także naszą szkołę jakieś dwa lata temu. Opowiedzieli wtedy całą historię choroby i to mnie wtedy „uderzyło”, że mimo, że już jakiś czas funkcjonowali w tym „świecie” to Magda (mama Milenki) podczas spotkania także się popłakała. Nie da się mówiąc o tym wszystkim wyłączyć emocji. To była też dobra lekcja dla naszych maluchów, które muszą wiedzieć, że nie zawsze jest tak „kolorowo”, a po drugie dzieci mogły poznać osobę dla której zbierają te nakrętki i płyty, to było bardzo istotne. Fizycznie zobaczyli, komu tak na prawdę pomagają.

P.CH: W pewnym momencie wpadłaś na pomysł podróży dla Milenki…

W.K: W pierwszą podróż mającą głębszy sens pojechałam w 2014, wtedy do Tychów. Jednak w tamtym przypadku wynikało to z mojego „fioła” na punkcie muzyki. Wtedy wiązało się to też z pomocą dla Śląskiego Hospicjum Domowego dla Dzieci w Tychach, ich ambasadorem jest mój ukochany zespół Cree. Pomyślałam jednak sobie, że „oni mogą na mnie liczyć zawsze, ale tym razem chciałabym pomóc również komuś tutaj, blisko mnie”.

Oczywiste było, że ta pomoc będzie skierowana do Milenki. Gdy opowiedziałam o pomyśle Magdzie to bardzo to podchwyciła.

Pamiętam jednak, gdy byłam u nich dzień przed wyjazdem. Magda była pełna obaw. Dziadkowie Milenki również się o mnie bali, mówili, że będą się za na mnie modlić. Uspokajałam ich, ale przyznam, że to było dla mnie bardzo miłe.

P.CH: Promowałaś także gminę Żukowo.

W.K: Tak. Przyznam, że kiedyś, gdy byłam uczennicą nie przywiązywałam większej wagi do tego kim jestem i skąd pochodzę. Brałam to za normalne i nie uznawałam tego za bardzo istotne.

Dzisiaj cieszę i szczycę się z tego, że jestem Kaszubką. Był taki moment w mojej podróży, kiedy byłam nad Bukiem. W maluteńkiej miejscowości odbywały się spływy kajakowe. Pan, który się tym zajmował powiedział mi, że doskonale wie skąd przyjechałam, bo odbierał z Żukowa kajaki jakiś czas wcześniej. Dla mnie to było takie sympatyczne, że mimo różniącej nas odległości jest jakieś połączenie między nami.

Stąd ta promocja. Mamy bardzo wiele do zaoferowania i pokazania i chciałabym aby o gminie Żukowo mówiło się dobrze.

P.CH: Podczas swoich podróży często spotykałaś osoby, które znają nasze tereny?

W.K: Oczywiście! Ludzie kojarzą Kaszuby i bardzo je lubią.

Zauważyłam też, że mamy bardzo wiele cech wspólnych ze Śląskiem, który osobiście uwielbiam. Tam też wielka waga przywiązywana jest do pielęgnowania tej lokalnej tradycji. Tak samo jest u nas.

P.CH: Wiem, że podczas Twojej podróży także włodarze innych miejscowości pomagali i wspierali Cię. Jak to wyglądało?

W.K: To nie jest tak, że wsiadłam w sobotę rano na siodełko i pojechałam.

Przez dłuższy czas przygotowywałam się do tej podróży. Planowałam trasę, a tym samym wiedziałam w jakich miejscowościach będę. Pisałam do wielu urzędów gmin i miast. Wiele z nich się odezwało.

Pod Goniądzem była taka malutka miejscowość. Tam miałam problem z noclegiem i pani sołtys wyszła mi z pomocą. Nocowałam pod namiotem, ale zaproponowano mi, że mają otwarty dom i spokojnie mogę sobie rano wstać i zaparzyć kawę oraz zrobić śniadanie. Nie skorzystałam z tej propozycji, tylko wstałam na tyle wcześnie aby móc się z nimi pożegnać. Byłam zdumiona tym wielkim zaufaniem, jakim zostałam obdarzona. W końcu to odważne pozwolić obcej osobie na taką swobodę. A jeszcze na drogę spakowali mi kawałek tradycyjnej u nich babki ziemniaczanej! (śmiech)

W Siemiatyczach miałam też bardzo fajne spotkanie z burmistrzem. Miałam zapewniony nocleg, którego pewnie nigdy nie zapomnę. To było w parku liniowym. Przychodząc tam byłam pewna, że w domkach będzie więcej ludzi a jednak byłam totalnie sama. Gdy pan, który tym zarządza zaprowadził mnie, zakomunikował, że już jedzie, a jakby coś się działo to będziemy w kontakcie, muszę tylko złapać zasięg. Nie mogłam oka zmrużyć. Byłam przerażona!

Przemiłych ludzi spotkałam w Lidzbarku Warmińskim, z którymi ciągle utrzymuję kontakt i w sierpniu zaprosili mnie na prowadzenie warsztatów podczas festynu.

Największe zaskoczenie spotkało mnie chyba w Zamościu. Kiedy z tak zwanego „partyzanta” weszłam do urzędu. Opowiedziałam o co chodzi, co tutaj robię i w jakim celu. Ku mojemu zdziwieniu, bez żadnego umawiania się i czekania, Prezydent miasta Andrzej Wnuk przyjął mnie do siebie.

P.CH: To Twoja kolejna podróż. Spotkałaś wiele osób, zwiedziłaś wiele miast… Zmienił się Twój punkt widzenia na ludzi? Jest pozytywny?

W.K: On się nie zmienił, bo zawsze był pozytywny. W obecnych czasach może, ktoś to odebrać, jako naiwność, ale staram się wyszukiwać dobro w ludziach. Mam też ogromne szczęście do osób, które los stawia na mojej drodze. Poznaje osoby wartościowe, inspirujące, które niejednokrotnie mnie w jakiś sposób wzbogacają jako człowieka.

Takie podróże uczą zaufania. Nigdy nie wiem, jakie sytuacje mnie spotkają. Gdy dojeżdżałam do Chełma rozpętała się burza i zauważyłam w oddali jakieś dwa, trzy domki. Zrozpaczona podjechałam tam i spytałam, czy mogę poczekać choćby na tarasie, bo zwyczajnie, po ludzku się boję. Ludzie, których tam zastałam zaprosili mnie do środka, zaproponowali obiad i spędziłem tam bardzo miło czas. Burza ustała, a my nie mogliśmy się „nagadać”. Kiedy znowu tam pojadę, chciałabym zabrać dla nich jakiś drobiazg w podziękowaniu, bo ciągle bardzo miło i ciepło ich wspominam.

Natomiast gdy byłam w okolicach Hajnówki, byłam bardzo zmęczona, a raczej nie miałam co liczyć na jakąś kawę w drodze. Była tam taka mała lepianka. Wyszła z niej staruszka, więc zrozpaczona do niej podjechałam i poprosiłam chociaż o wrzątek… Poznałam historię życia tej Pani! Gdy odjeżdżałam, miałam wrażenie, że traktuje mnie, jak wnuczkę. Popłakała się, rozczuliła i aż żal było odjeżdżać.

Właśnie takich ludzi spotykam na drodze.

P.CH: Pomówmy o muzyce. W 2014 roku na rowerze pojechałaś na Śląsk w ramach „Trasy Nadziei”. Po drodze zachęcałaś do wspierania Fundacji Śląskie Hospicjum dla Dzieci, a na zakończenie udałaś się na Festiwal im. Ryśka Riedla w Chorzowie. Wszystko to wiąże się z zespołem Cree, który wspiera właśnie tę fundację.

W.K: Ten wyjazd był bardzo emocjonalny. Rok wcześniej, kiedy byłam na festiwalu była piękna pogoda, świetni ludzie i pomyślałam sobie, że może zrobić przy okazji tego wszystkiego jakąś „większą akcję”. Kombinowałam, myślałam, ostatecznie mój pomysł skonsultowałam z cudownym człowiekiem, moim przyjacielem ze Śląska. W końcu chciałam mieć jakiś punkt odniesienia, bo może porywam się z motyką na słońce. Potrzebowałam więc, albo sprowadzenia na ziemię, albo wręcz odwrotnie – zachęcenia. Jak się okazało, mój przyjaciel pomysł poparł. Od razu skontaktował się z organizatorem festiwalu, a później wszystko potoczyło się już lawinowo.

Wychodzę z założenia, że jako nauczyciel mam trochę więcej czasu wolnego w ciągu wakacji i chcę zawsze ten czas dobrze i wartościowo spożytkować. Przynajmniej będę miała, co wspominać…

Odwiedziłam wtedy także dzieci, którymi zajmowali się fantastycznie z resztą, pracownicy hospicjum, zrozumiałam i upewniłam się dlaczego ta cała akcja, dlaczego to zrobiłam. Warto było pokonać te kilometry na rowerze.

P.CH: Ty pojechałaś do nich, ale także oni tutaj. Pamiętam, że zespół Cree odwiedził Glincz…

W.K: Jeżeli chodzi o zespół Cree to długa historia. Jestem ich ogromną fanką.

Wrócić trzeba do mojego wyjazdu rowerem do Tychów. Gdy dotarłam, przyjechał po mnie manager zespołu i zawiózł mnie na próbę. Słyszeli o mojej podróży rowerem i bardzo wspierali tę inicjatywę. Bastek (wokalista) przywitał się, porozmawiał. To były dla mnie magiczne chwile.

To wszystko sprowadza się do ich przyjazdu do szkoły. Wcześniej nie miałabym śmiałości napisać do chłopaków z zespołu z taką prośbą, propozycją. A tym bardziej nie uwierzyłabym, że przyjadą do małej szkoły w Glinczu.

Jednak po tej całej sytuacji, kiedy ich poznałam i przy okazji koncertów często się widujemy, postanowiłam napisać. Najwyżej odpisaliby mi, że „nie”. Nie miałam nic do stracenia. Jednak mimo wszystko bezpośrednio do Bastka nie napisałam, ale do jego żony. Powiedzmy, że go zmobilizowała (śmiech). Zgodzili się i odwiedzili nasz Glincz.

Pamiętam jedno z pytań, jakie przygotowałam chłopakom, gdy odwiedzili uczniów. Spytałam jakie mieli marzenia, kiedy byli dzieciakami, bo jedno z moich w tym momencie się spełniło.

P.CH: Dużo słuchasz muzyki na co dzień?

W.K: Oj tak! Muzyka właśnie takich zespołów jak Cree, czy Dżem towarzyszy mi niemal codziennie. Te utwory kojarzą mi się z sytuacjami, osobami, wspomnieniami… Mają głęboki przekaz. Nie są o niczym.

P.CH: Ciągle się uśmiechasz. Muzyka jest formą takiego „energetyku”, dzięki któremu jest Ci łatwiej mieć codziennie siły?

W.K: W ciągu roku nie jestem w stanie zliczyć na ilu jestem koncertach. Muzyka bardzo mnie motywuje i nakręca do działania.

Wbrew pozorom mi też zdarzają się jednak gorsze dni, ale ta muzyka jest dla mnie takim filtrem. Daje motywację do działania i pozwala zrozumieć, że nie zawsze będzie idealnie, bo „w życiu piękne są tylko chwile”. Muzyka pozwala mi żyć na takich obrotach, jak obecnie.

Na przykład, na początku lutego pojechałam na koncert Cree do Radiowej Trójki do Warszawy. Niestety koncert wypadł na niedzielę, a w poniedziałek rano musiałam być w pracy. Wracałam pociągiem. Wyruszyć miał około północy, ale miał opóźnienie i wyruszyliśmy czterdzieści minut później. Zdążyłam. O piątej rano dotarłam do domu. Umyłam się, przebrałam, coś zjadłam i poszłam do pracy. Do domu wróciłam po osiemnastej. Ze zmęczenia nie wiedziałam już nawet, jak się nazywam, ale było warto!

Muzyka daje mi siłę i nakręca na każdy dzień.

P.CH: Pracujesz z dziećmi. Mam wrażenie, że to praca, kiedy zawsze trzeba być radosnym, uśmiechniętym. Dajesz sobie z tym rade?

W.K: Dzieciom w szkole oddaje się całkowicie, gdy poczuję te rączki na szyi, zobaczę te zapatrzone we mnie oczka to nie potrafię się nie uśmiechnąć.

Drażni mnie jednak to, gdy ktoś mówi, że nauczyciel to pracuje tylko cztery-pięć godzin, wraca do domu i ma wszystko gdzieś. Tak nie jest. Wracam do domu, przygotowuję kolejne zajęcia, szukam kolejnych alternatyw, aby było ciekawie. Chcę także u tych maluchów obudzić jakieś pasje, zainteresowania. Chcę ich zainspirować. To wymaga więcej pracy, niż te pięć godzin w szkole.

Dzieciakom trzeba dawać 100 procent siebie. Jeżeli tego nie robisz, to one to wyczują. Najczęściej jestem zadowolona i uśmiechnięta, bo tak mam, ale jednak nie zawsze. Zdarzy mi się gorszy dzień, ból głowy, brak humoru, ale jestem wtedy z nimi szczera. A co jest bardzo słodkie – one się wtedy starają o mnie troszczyć! Moje dzieci są genialne.

O ironio, gdy kończyłam liceum, od razu wiedziałam, że pedagogika nie jest dla mnie. Nigdy nie wyobrażałam sobie pracy z dziećmi. Ale teraz, gdy widzę radość i bezgraniczne zaufanie w ich oczach to wiem, że to jest „to”.

Taką bardzo miłą sytuację miałam właśnie związaną z nagrodą „Sucovia”. Zawsze powtarzam dzieciom, że jestem z nich dumna, przy każdym mniejszym, czy większym osiągnięciu. A po otrzymaniu tej nagrody jeden z chłopców powiedział, że jest dumny ze mnie. Niesamowicie cieszyłam się, że to w taki sposób do mnie wróciło. To było przemiłe, takie pozytywne wzmocnienie.

P.CH: Czujesz się spełnioną osobą?

W.K: Bardzo.

P.CH: Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych działań oraz inicjatyw. Oby energii Tobie nigdy nie zabrakło!

fot. Piotr Chistowski

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

avatar
1500